Archiwa kategorii: Bez kategorii

Ministrant

Ta ostatnia niedziela,
dzisiaj sie rozejdziemy…

Kiedy wyszlismy na gore – radosc mieszala sie ze zmeczeniem i satysfakcja. Udalo sie. W koncu sie udalo. Dwa lata pracy, sezonowe cotygodniowe sniadania na Ministrancie, dniowki robocze i wspinaczkowe i wreszcie padlo. Siedzielismy z Darkiem i Marcinem na gorze w euforii.
„Cos sie konczy cos sie zaczyna.”
***
Ten wpis mial byc opowiescia o jednej z najwiekszych przygod mojego zycia. Tego wpisu nie bedzie. Od naszego przejscia nie minely nawet dwa tygodnie, a juz zdazylam sie dowiedziec, ze pewniesmy drogi nie zrobili, ze uzurpuje sobie prawa do przejscia, ze bylam tylko „towarzyszaca”, ze chuje muje dzikie weze.
Postanowilam milczec.
Tego wpisu nie bedzie, bo to, co sie dzialo na Ministrancie – zostanie na Ministrancie.
Tego wpisu nie bedzie, bo zbyt wazne dla mnie (i nie tylko) sa te dni spedzone w gorze.
Ten wpis bedzie o innych, okolo ministranckich, sprawach.
***
Jak zostalam Borysem?

Borysem zostalam pewnego pieknego popoludnia podczas standardowej szychty drajciulowej. Juz nawet nie pamietam dokladnie dlaczego akurat Borys. Pamietam, ze w gruncie rzeczy chodzilo o to, ze chce mi sie wspinac. Ze chce mi sie trenowac, ze chce mi sie zapierdalac, ze mimo chlosty, jaka zbieram – dalej probuje. W skrocie – ze „mam jaja”, jak to okreslil autor mojego pseudonimu. „Nawet wieksze niz niejeden facet”.
W ten oto sposob otrzymalam pelnie praw wspinaczkowych, przynajmniej tutaj – na Podhalu. Pewnie ktos sie teraz zbulwersuje, ze „ale jak to? przeciez to nie zalezy od plci!”. Jasne, ze zalezy. Prosty przyklad: Jozek z Jadzka zrobili, dajmy na to, American Beauty VIII+ na Mnichu. Standardowe skojarzenie: Jozek przeciagnal Jadzke przez Mnicha.
Ja sie z tym podejsciem spotkalam w innym wymiarze. Dwa lata temu uslyszalam w skalach: „jak to? Kotlet sie wspina z baba???”. Ano wspina sie. A to dlatego, ze ta baba tez sie wspina.
Nie, nie jestem zadna feministka. Tylko podczas wspinania jestem przede wszystkim wspinaczem. Generalnie mam w dupie dom, rodzine, dzieci, gotowania, prania, srania. Mam w dupie, czy od treningu rozrosna sie mi plecy czy bicek. Chce sie wspinac i realizowac jakies tam swoje cele. Dlatego zasluzylam sobie na „Borysa”. Tu, na Podhalu juz malo kto uzywa mojego imienia. Wrecz dochodzi czasem do zabawnych rozmow:
– Z kim cisniesz w te skaly?
– Z Ola.
– Z jaka znowu Ola??? Aaa! Z Borysem?
Taki lajf. Tak wybralam.
***
Dlaczego Ministrant?

Dwa lata temu, gdy u gory istnial tylko jeden projekt – Marcin zapytal, czy nie przeszlabym sie z nim i Darkiem wyniesc sprzet. A sprzetu bylo w ciul. Nie wahajac sie ani chwili zgodzilam sie im pomoc. Przeszlam sie na gore z lina w plecaku tylko po to by poopalac sie caly dzien w sloncu na wierzcholku czekajac na chlopakow. Gdy Darek przenosil sie do Hiszpanii – Marcin zaproponowal mi wspolprace na Ministrancie. Przygotowalismy drugi projekt, aby moc sie czyms zajac „pod nieobecnosc” Darka. Minely dwa lata i dopiero na pierwszym wyjsciu w tym roku Marcin przyznal, ze wlasnie z powodu tamtego jednego wyjscia pomocniczego zaproponowal mi dalsza partycypacje. Czasem wystarczy byc soba, aby zostalo to docenione.
***
Reszta jest milczeniem…”

W ciagu ostatnich kilku dni pare osob zapytalo mnie, czemu nie odpowiem na te wszystkie wynaturzenia dotyczace przejscia Opetania.
W srodowisku wspinaczkowym funkcjonuje od wielu lat. W ciagu tych wielu lat nazbieralam sobie liczne grono adwersarzy w wyniku mowienia tego, co mysle. W wyniku bycia prawdziwym i mowienia na glos rzeczy, o ktorych szeptalo sie w kuluarach. Roznica jest taka, ze gdy kogos lub cos krytykowalam (nawet publiczenie) – zawsze robilam to podpisujac sie imieniem i nazwiskiem. Swoim. Kiedys faktycznie chcialabym prostowac i wyjasniac wszelkie niedopowiedzenia. W tej chwili – nie widze potrzeby dyskutowania z ludzmi, ktorych nie stac na to, aby podpisac sie pod wlasna opinia imieniem i nazwiskiem. Poza tym, jak mawia Kotlet: „robmy swoje”.
***
Swiat jest poza internetem

W ramach „robienia swojego” wstaje w tyg o 4:45 zeby jechac sie powspinac. Chlosta ostatnimi dniami jest niewyobrazalna, ale towarzystwo na szczescie lagodzi moje nerwowe humorki. Na „pocieszenie” i swietowanie 10-lecia swojego wspinania zrobilam wczoraj swoje pierwsze VI.3 os na Jurze. A jutro znowu pojde w gory z Kotletem. Robota czeka.

Skalolezenie

Od ostatniego wpisu minęło półtora miesiąca, a wrażenie mam takie, jakby minął rok.

image

W międzyczasie działo się dużo i więcej. Skończyl się kurs akg, skończył kurs instruktorski, Siostra odwiedzila mnie na tydzień, dużo poszwedalam się po skałach, padł Ministrant. Natłok wrażen spowodował zapaść – osiągnęłam etap, że ciężko mi się wstaje z łóżka.
Wpis będzie dość kronikarski przede wszystkim dlatego, że wraz z autorką padł i polot i fantazja. A gdy zmartwychwstaniemy – znowu jak głupia będę cisnąć w skałach i Tatrach i czasu na pisanie nie będzie. Cóż – taki lajf.

image

Druga część kursu klubowego upłynęła bardzo radośnie. Ekipa ta sama (wręcz chłopaki się rozkręcili), pogoda dopisała, a Sokoliki jak to Sokoliki – dalej urodziwe 😉 program zrealizowany, chłopy nawspinane, lęki przełamane. Janek nieświadomy trudności prowadził spokojnie i samodzielnie drogi do V, Łukasz-Demobil zakupił cały szpej i mam nadzieję, że gdzieś go wtyka w skalne szpary (w międzyczasie gadalismy i chwalił się, że i VI.1 padło na jurze), Kuba lansuje się z crashem w Sokolikach i ciśnie na okolicznych baldach, a jego partner – Łukasz próbuje ogarnąć Krakowska rzeczywistość i znaleźc sekcje na miarę swojego mistrzostwa 😉

image

Praca jak zwykle fantastyczna, za chłopaków trzymam kciuki. Zobaczymy, co z nich wyrośnie 😉

Po kursie było bujanie się po skałach, gdzie wyrownalam rp: sive obmedzenia IX w Vernarze, a takze podnioslam poziom flasha robiąc Torbę Polską VI.3+ na Krętej (przy okazji ściągnęłam z siebie sześć kleszczy po tej eskapadzie). Kontrola tricepsa 25.05 pokrzyżowała moje ambitne plany. Jedna część mięśnia wyleczylam, inna „dorwałam”. Trzeba było odrobinę zwolnić.

image

                                                          Fot. Ewa

Na przełomie maja i czerwca na Podhalu odwiedzila mnie Ewa.

image

Tydzień upłynął na rozmowach, spacerach, smianiu się i spędzaniu czasu w towarzystwie moich zakopiańskich przyjaciol, o których jej wielokrotnie opowiadałam, a wreszcie mogła historie skonfrontować z rzeczywistością.

Później był ostatni zjazd kursu instruktorskiego (przemyślałam temat – nie nadaje się do opisania przeze mnie 😉 dla dobra własnego 😉 ), kilka dni chłosty w skałach i przylot Darka 16.06. od tego momentu do dnia dzisiejszego świat zatrzymał się w miejscu, a jedyne, co się liczyło to Ministrant. Były po drodze jeszcze jakieś skaly z Grzeskiem, jakiś Obywatel scurvy wprost VI.3+/4 rp, patentowanie jednej trudnej drogi, ale generalnie cała rzeczywistość została dopasowana pod projekt. A projekt w końcu przestał byc projektem. Dzięki pracy zespołu: Darek, Kotlet i ja – zyskał nazwę: Opętanie i wycenę: X.

image

W tym miejscu chciałabym zaznaczyć, że nie wiem kiedy i czy w ogóle napisze coś więcej o Ministrancie. Mam dylemat. Intymność przeżyć związana z dwoma latami ciężkiej pracy stoi w opozycji do chęci podzielenia się fantastyczna historia i droga. Nie wiem, ciągle nie wiem.

image

                                                           Fot. Kotlet

Na chwilę obecną cały tydzień po Opetaniu przewspinalam w Obłazie – Anszlus IX rp, Wrzosie i Jarku (w obu chłosta) i osiągnęłam etap wykończenia materiału ludzkiego.

image

                                                           Fot. Ewa

Najbliższe dwa dni spędzam z ksiazkmi, przyjaciółmi i rodziną. A jak już się pozbieram – zobaczymy czy w przerwie między jedną a drugą droga odnajdę czas na pisanie 😉

image

Tam i z powrotem

Wsiadlam do autobusu. Czekala mnie wielce przyjemna podroz: 9:30h do Kaczorowa. Wreszcie mam czas aby usiasc na spokojnie i przemyslec zdarzenia ostatnich tygodni.

kurs klubowy AKG, czesc I – biale skaly

image

Dwa tyg temu zapakowalam sie w samochod i wyruszylam w strone Rzedek. W planach byly cztery dni szkolenia na jurze poprzecinane spotkaniami towarzyskimi. Zawsze z wielka radoscia jade szkolic. Coraz bardziej uswiadamiam sobie, ze to jest to, co chcialabym robic w zyciu. Zastanawialam sie jaka ekipe tym razem dostane. W lekka niepewnosc wprowadzal mnie fakt, ze pierwszy raz w zyciu mialam szkolic komplet, czyli czwork. Z jednej strony nowe wyzwanie, z drugiej strach, czy ogarne wszystko. Ekipa trafila mi sie fantastyczna: czterech sympatycznych dzentelmenow. Dodatkowym plusem byla pogoda, ktora dopisywala caly wyjazd. Cztery dni spedzilismy na poznwaniu sztuki wspinania w okolicznych rejonach.

image

Praca z ludzmi daje duzo satysfakcji, a gdy uczymy ich tego, co kochamy, co jest nasza pasja i stylem zycia – tym wieksza przyjemnosc to sprawia.

image

Dodatkowym plusem byla obecnosc wielu znajomych instruktorow i nie tylko w skalach oraz rozpoczecie sezonu jurajskiego wraz ze Slazakami u Koali na dzialce. Niepewnosc szkoleniowa szybko zniknela w odmetach prozy zycia szkoleniowego. Jedyne, co bylo dla mnie nowe to kompletna niemoc wlasna po zajeciach – zaczelam chodzic spac z kurami 😉 Wspinaczkowo nie odbylo sie nic, ale aktualne wspinanie zawezilam do dwoch podhalanskich rejonow, wiec nawet te cztery dni „restu” nie bolaly.

kurs instruktora wspinaczki skalnej PZA

image

Wlasciwie ten temat nadaje sie na osobny wpis ze wzgledu na obfitosc materialu 😉 W kazdym razie kolejny zjazd na jurze tym razem poludniowej utwierdzil mnie w kilku przekonaniach. Primo: jak jura to od Olkusza na polnoc. Secundo: trady pod Krakowem to endemity. Mi scusi: sensowne trady to endemity. Tertio: trzeba sie nachodzic zeby sie nawspinac. Ale – mozna znalezc tez perelki jak chocby Rogata Ryse (Rogata Gran, Bedkowska). Niby cyfra niewielka, bo V, ale wreszcie fajna droga, w miare lita, calkowicie na wlasnej asekuracji. W dodatku ruchowo przepiekna. Kto nie byl, a lubi te klimaty – niech sie wybierze. Podejscie dlugie, ale naprawde warto.

Oblaz – moja milosc
Pierwotny plan byl taki, aby wyjechac na kurs akg na jure i wrocic do Zako po sokolikowej czesci kursu (ok 2,5tyg). Jednak wspinanie padlo mi na mozg (juz dawno temu w sumie) i po kazdym krotszym wyjezdzie wracalam na Podhale przyciagana jak magnes Jaskinia Oblazowa.
Przygode w jaskini zaczelam dwa lata temu na Dwoch Twarzach. O ile rysa mi siadla o tyle cala reszta wspinania, niezaleznie od stopnia trudnosci, przerastala moje umiejetnosci. Slowem: chlosta na wszystkim od VIII- do IX. Jezdzilam, bo Kotlet. Jezdzilam, bo tak trzeba. Jezdzilam, choc drogi mnie denerwowaly, do kajetu nic nie wpadalo i za kazdym razem wracalam na tarczy.
Rok temu przebimbalam sezon sportowy i w oblazie bylam raz. Albo dwa razy. W kazdym razie nic sie nie zmienilo.
W tym roku jakos na nowo odkrylam przyjemnosci sportowego wspinania. Do Oblazu pierwszy raz przyjechalam z G. w ramach rehabilitacji tricepsa. Pierwszy raz wspinalam sie na skale Oblazowej, a nie tylko w Grocie. I tak padlo kilka drog do Bog, honor, okocim (VIII RP) wlacznie. Pozniej z podkulonym ogonem wrocilam grzecznie do jaskini spodziewajac sie standardowej chlosty.
Grota okazala sie dla mnie laskawa. W miare szybko uporalam sie z droga Bishop (VIII RP) i chyba wlasnie to jakos otworzylo mi oczy. Wspinanie zawezilam do jezdzenia na Oblaz albo Vernar. Wrocilam z Rzedek na cztery dni do Zako, z czego trzy spedzilam na wspinaniu. Wyjechalam zameczona pod Krakow, wrocilam na dwa dni i znowu dwa dni w Oblazie. Bola mnie plecy, boli mnie klata, bola mnie rece. Ale taki zmeczeniowy bol sprawia radosc. W glowie wlasciwie tylko migawki z poszczegolnych ruchow i chec powrotu. W tym tak zwanym „miedzyczasie” wyjazdowym poprowadzilam jeszcze Wrota Auschwitz VIII- RP, Cobra Crag VIII RP i Nostromo VIII+(/IX-?) RP.
Milosc okazala sie na tyle silna, ze mimo wczorajszej zlewy i 5st na plusie – znowu cisnelismy. Ledwo sie ruszam.

Sa takie zakochania od pierwszego wejrzenia, od pierwszego dotkniecia. Niektore jednak milosci rodza sie powoli i w bolach. Ale.
Per aspera ad astra.

image

Rozwspin

Zaczęła się wiosna. Co prawda pogoda za oknem wskazuje bardziej na powrót epoki lodowcowej, ale jednak kalendarz wskazuje wiosnę.

image

Wraz z tą piękną porą roku skończył się okres porannego wstawania, a zaczął zmartwychwstawania. Permanentnie budzę się rano odkrywając zakwasy w nowych, nieznanych mi do tej pory, mięśniach. Ponieważ zeszły sezon sportowo sobie przebimbałam tegoroczny postanowiłam potraktować z większym szacunkiem i zaangażowaniem.
Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle. Po dobrym starcie (pierwszy dzień w skałach – 28.02!) nastąpiła zdecydowanie mniej dobra kontynuacja. Prowadzenie Gry o Tron ( http://brytan.com.pl/gra-o-tron-najdrozsza-rysa-na-jurze-oczami-oli-kosek/) skatowalo moje ciało tak mocno, że mimo pieciodniowego resta, wspinając się na Jarku w warunie życia – skontuzjowalam sobie lewą rękę.

image

Diagnoza: naderwany triceps.
Zalecenia: trzy tyg restu.
Moja przydatność wyjazdowa równa była zeru. Ręka bolała, psycha bolała.
Dzięki Przyjaciołom odkryłam nowe przyjemności w wyjazdach: praca nad hebanem + dobra książka + alko. Jeździłam chętnie wszędzie, żeby tylko nie siedzieć w chałupie.

image

Pierwszy tydzień zakończyłam kolejnym zjazdem kursu instruktorskiego. Po ośmiu dniach pojechałam asekurować G. w Vernarze. Taki był plan. Zdroworozsądkowy. Ponieważ rozsądek nie jest dominującą cechą mojego charakteru – namówiłam G. żeby powiesił mi wędkę na szostkowej drodze. Chciałam popróbować czy i co mogę robić. Wbrew logice – okazało sie, że źle nie jest. Drugi tydzień restowania spędziłam na tripie Podhalańskim: vernar-rawa-roznow-oblaz-vernar. Wszędzie wędki, ale znowu chęci przyćmiła racjonalizm i zamiast metrów w łatwym terenie pokonywalam metry w… cóż, łatwym terenie do IX-. Z różnym skutkiem, niekiedy pomijając jakieś pasaże obciążające lewą rękę, ale w większości przypadków skutecznie do góry.

image

image

image

Od kontuzji minęły równe dwa tygodnie, zaczął się planowany ost tydzień odpoczynku. Poprowadzilam na Obłazie Bóg, honor i Okocim – VIII+ rp. Zaczęłam pracę nad drogą wykraczającą poza moje dotychczasowe osiągnięcia cyfrowe. Tricek zdrowy jeszcze nie jest i pewnie do rysowania szybko nie wrócę, ale kompletnie mi to nie wadzi. Inny rodzaj wspinania w tej chwili mnie cieszy.
Dzisiejszego ranka obudził mnie znowu deszcz stukajacy o dachówki. Znowu zmartwychwstawaje rano, a wszystkie czynności zajmują mi trzy razy więcej czasu.
I ciągle mnie zastanawia czemu tak zaniedbuje ringostrady skoro to wspinanie sportowe jest takie fajne.

image

Zróbmy sobie raj

Prolog
– to co, może jakis wspin w przyszłym tygodniu?
– no… Ja to za bardzo nie mogę. Wyjeżdżam do Warszawy w poniedziałek wieczorem.
– ale po co?
– bo we wtorek o 15 wylatuje na tygodniowe wakacje…
– gdzie?
– do Tel Awiwu…
– GDZIE????

image

Wstęp
Budzę się rano. Ciemno jak w du… u murzyna. Po ostatnim tygodniu picia i nie sypialnia mam życiowego kaca. „Gdzie ja jestem?”. Pod plecami wyczuwam jakaś miękka kanapę. Powoli budzą się do życia te dwie szare komórki, które posiadam. ” Aaa, no tak, Tel Awiw, mieszkanie Ofira, wakacje”. Leżę, słucham muzyki. Nagle rolety zaczynają się podnosić. Pełna elektronika, widocznie Ewa z Ofirem też się obudzili. Do salonu wpada światło. Wstaje, robię sobie herbatę, biorę fajki i wychodzę na taras. Jest 23. marca, na oko +15 a ja siedzę i patrzę na miasto i na słońce. „Zapowiada się przygoda życia”

image

image

Rozwinięcie
Przedzieramy się z Ewą przez miasto. „Trzeba było założyć krotkie gacie” krytykuje swój wybór odzieży, bo słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewac. Ewa prowadzi mnie przez uliczki z pewnością doświadczonego przewodnika. Docieramy do morza i kierujemy się w stronę Jafy – starego miasta. Głowa lata mi na boki i staram się nie przepuścić żadnego szczegółu mijanych po drodze budynków.
– kiedy my ostatni raz byłyśmy razem na wycieczce? Chyba z dziesięć lat temu – śmieje się Ewa
– nieee, z cztery lata temu byłyśmy na majówkę w Lubieniu na działce u Twojej mamy – również się śmieje
– a tak! I trzymalam Ci kierownice bo otwieracz do piwa był przy kluczykach do auta i otwieralas mi piwo zapalniczka – przypomina Ewa
Uśmiecham się do naszych wspomnień.

image

image

image

***
Idziemy boso po plaży, wieje przyjemna bryza, co jakiś czas fale obmywaja nam stopy. W przerwie na fajce siadamy na murku przy plaży i podziwiamy trójkę ćwiczących chłopaków. Opalone, wyrzeźbione ciała – aż miło popatrzeć. Po chwili jeden podchodzi, bez pytania dotyka mojego bicka, uśmiecha się „najs!”. Gadka-szmatka, wymiana kontaktów na FB i luźne umówienie się na imprezę.
– podryw na bicka, to mi się jeszcze nie zdarzyło – śmieje się razem z Ewą.

image

image

Po calodniowym spacerze i kolacji siedzimy wieczorem w trójkę ogladajac film. Z zewnątrz dochodzą hałasy miasta. Miasta, które nigdy nie śpi. Zapowiada się dobra zabawa cały tydzień.
***
Stoję w kolejce do toalety. Po lewej stronie pisuary. Do jednego sika Batman, do drugiego Robin Hood. Z toalety wychodzi Królewna Sniezka. Nie, nie jestem naćpana. Po prostu trafiłam do Tel Awiwu na żydowskie święto Purim. Ludzie mają religijny obowiązek dobrej zabawy (i picia!). Tradycyjnie zaś przebierania się. Im bardziej odjechany strój tym lepiej. Dlatego facet przebrany za baletnice wzbudza duży entuzjazm. Do domu wróciliśmy około siódmej rano zahaczajac po drodze całodobowe śniadania. Nie wiem kto wpadł na pomysł takiej knajpy, ale tu, w Tel Awiwie, byl to strzał w dziesiątkę.

image

image

***
Kolejne dni mijały na włóczeniu się po mieście, docenianiu słońca, życia, pogody, wieczornych imprezach. Mam takie przekonanie, że każdy człowiek (a zwłaszcza Polak) powinien raz w życiu udać się na wycieczkę do Tel Awiwu. By zrozumieć, ze w życiu chodzi o cos więcej niż płacenie podatków. By zrozumieć, że można się cieszyć życiem, a nie tylko umartwiać. By zrozumieć, że można mieć dystans i śmiać się z siebie. Te kilka dni tam sprawiły, że doceniam świat na nowo. Doceniam ludzi, doceniam przyrodę. Zaczynam rozumieć określenie „Ziemia Obiecana”. Mieszkańcom Tel Awiwu po prostu nikt nie mówił, ze w tym życiu ziemskim mają cierpieć. Oni cieszą się tym, co mają. Są życzliwi dla siebie i dla innych. Bo wiedzą, że życzliwość daje więcej niż wrogosc.

image

image

image

image

image

image

Zakończenie
Siadam na miejscu kierowcy. Dopasowuje odległość fotela, lusterka i już chce ruszać. Siegam do skrzyni biegów i… Szok.
– Ofir, jak się obsługuje automat???
– Masz nacisnac pedal i zmienić bieg na D – tłumaczy Ewa
– który pedal???
– hamulec
– no wciskam i nic, nie da się zmienić…
– Kochanie, jesteś pewien, że hamulec? – Ewa pyta Ofira
– tak, tak, hamulec
– no to wciskam i ciągle nic… Na pewno nie gaz?
– nie, nie, mówi, że hamulec
– nooo, hamulec, taki guzik i zmiana biegu – wtrąca Ofir nie przerywając pracy
– jaki znowu guzik??? Ewa, widzisz tu jakiś guzik??? Aaaa! Ze na drążku guzik!… O Jezu! Ono samo jedzie!!!
Po kilku kilometrach się przyzwyczajam. Ofir siedzi z tyłu i stara się pracować, my z Ewą z przodu. Słońce, muzyka… Prowadzę auto w Izraelu. Jedziemy na pustynię na zakończenie tej pięknej eskapady. Wieczorem mamy samolot, więc trzeba zdążyć obrócić. Śmieje się, Ewa się śmieje. Gdyby ktoś mi jakiś czas temu powiedział, że w ramach urodzin będę spacerować po izraelskiej pustyni – w życiu bym nie uwierzyla. A tu Panie cuda, istne cuda! Tydzien w Tel Awiwie należy do moich top 5 wyjazdów. Nie samym wspinaniem człowiek żyje.
Ewa, Ofir – dziękuję!

image

image

image

Wspomnienia poprzedniego lata

Byl taki moment, gdy dni mijaly powoli i leniwie. Potem nagle nastapila zmiana w rzeczywistosci i ktos podkrecil tempo na maksa. I dorzucil  jeszcze naped rakietowy zeby bylo jeszcze szybciej.
Ani sie czlowiek obejrzal, a tu juz kalendarzowa zima minela. Mimo to: ciemno, zimno i do domu daleko. O ile czas w rzeczywistosci zaczal mi umykac, o tyle w internecie wrecz przeciwnie – zatrzymal sie w miejscu. Blog sie przykurzyl co nieco: tu jakis klaczek, tam jakas pajeczynka. Czas na drobne porzadki.

Lato 2015 minelo pod znakiem wspinania w Sokolach. Kompletnie nie wiem, jak to sie dzieje, ale albo w sezonie w ogole tam nie bywam, albo wspinanie koncentruje sie na granitowych skalach okolic Jeleniej Gory. Glownym motorem napedowym licznych wyjazdow byla potrzeba powspinania sie na wlasnej. Dodatkowa motywacja stal sie element rywalizacji: udzial we Wroclawskiej Lidze Tradowej, w Sokolikowym Big Wall maratonie oraz pomniejsze zaklady popelnione po zbyt duzym spozyciu alkoholu.

image

Czesc pierwsza – rozruch
Byl jakis koniec maja. Standardowo – drugi etap kursu AKG odbywal sie w Sokolikach. W tak zwanym „miedzyczasie” zgadalam sie z kolega instruktorem – Wojtkiem (uwaga! lokowanie produktu! rocodromo.pl 🙂 ) na jakies latwe rysowanie. Ja mialam checi, on mial sprzet – zapowiadalo sie niezle 😉 Odhaczylismy kilka klasykow i umowilismy sie na kolejny wyjazd – tym razem wspinaczkowy, a nie szkoleniowy.

image

Czesc druga – Wroclawska Liga Tradowa
Z polowa czerwca wystartowaly towarzyskie zawody organizowane przez WKW. Pomysl okazal sie bardzo trafny – tak udanego sezonu na wlasnej w Sokolikach sobie nie przypominam. Tegoroczne lato sprzyjalo pierwszym powtorzeniom drog, wartosciowym przejsciom, duzej ilosci wypitego browaru oraz wzrostu umiejetnosci tolerowania nieziemskiego upalu. Byly takie dni, gdzie jakiekolwiek lezectwo uprawiac dalo sie w dwoch porach: do 10:00 lub po 18:00. W zaleznosci od motywacji chodzilo sie na pierwsza i/lub druga zmiane a w miedzyczasie odwiedzalo sie salon odnowy biologicznej: bobrzanskie aqua centrum.

image

Czesc trzecia – za kazdym dobrym przejsciem stoi dobry partner
I tak wspinajac sie z Wojtkiem kazde z nas mialo swoje sukcesy. Moim bylo pierwsze kobiece, a chyba trzecie lub czwarte powtorzenie przerysy: Niesajzowa Rysa. Niby 2+, ale wlasciwie nie wiadomo. Rysa jak rysa. Przejscie odbylo sie o godzinie 21:40 tak pi razy dupa. Poprzedzone dobrym obiadem, luznym podejsciem, bo partner zabral wszystko i piwem po, ktore takze zostalo na gore wniesione przez Wojtka. Jego celem z kolei byla Sekretna Rysa – VI.4. Tu pomoca okazala sie moja dobra pamiec: co, gdzie i jak na drodze trzeba robic.
Dobry partner we wspinaniu to podstawa.

image

Czesc czwarta – Tatrzanskie alpiniady
W przerwie miedzy jednym roboczym dniem a drugim udalo sie kilka razy takrze wspiac w Tatrach w tym – dla mnie po raz pierwszy – na Slowacji. Historyjki te nie nadaja sie do opowiadania przez wzglad o dbanie o dobry wizerunek zainteresowanych. Grunt, ze byly to kolejne cudowne tatrzanskie wspinaczki.

image

Czesc piata – Big Wall Maraton w Sokolikach
Noooo… to byla epopeja, przynajmniej w moim wykonaniu. Teoretycznie bez napinki, ale plan dopracowany. Jak kazdy plan oczywiscie w trakcie ulegal korektom. Bieganie od jednej drogi do drugiej, jakaś fajka w przerwie, świetne prowadzenie Wojtka na Klimku i trochę mniej świetne moje na Osadzie. Na tabor wróciłam słaniając sie na nogach. Było piwo, była kielba, były wyniki. Dla mnie dość zaskakujące. Nie dość żeśmy wygrali w swojej kategorii, zajęliśmy drugie miejsce w kategorii open to zlamalismy barierę czterocyfrowego wyniku. Szal ciał.

Podsumowanie
Sezon 2015 był naprawde ok.
A 2016 już się zaczął, ale o tym w następnym odcinku.

image

Amerykanskie anegdotki

Ice climbing family
Jedną z najwspanialszych rzeczy związaną z Lodowym Pucharem Swiata jest to, że ludzie, którzy spotykają się na kolejnych imprezach nie są swoimi wrogami czy rywalami. Fakt, podczas startu konkurujemy ze sobą, ale przed/po – jesteśmy przyjaciółmi. Dzięki temu  jeśli pojawia sie jakis problem – zawsze można liczyć na wsparcie. Najlepszym przykładem było odbudowanie ściany w Bozeman, którą kilka tygodni temu zdewastowal huragan. Przy wsparciu finansowym wszystkich zainteresowanych oraz ogroooomnej pracy społeczności Bozeman – ściana powstala na nowo.

image

bozeman climbing wall 2014

image

bozeman climbing wall 2015

Kolejnym wydarzeniem potwierdzającym moją tezę o wielkiej lodowej rodzinie jest ceremonia wręczeniu nagród. Do finału awansowało dziewięciu mężczyzn (8 miejsce ex aeqo zajęte przez dwóch wspinaczy). Nagrody przewidziane byly tylko dla ósemki. I tak Locha, który zajął właśnie ósmą pozycję wyciągnął na środek młodego Szwajcara – Yannicka, któremu start nie poszedł najlepiej i który zajął ostatnie, dziewiąte miejsce. Wyciągnął go, bo jak sam później mówił: „uważalem, że powinien byc tam z nami.” Niby nic, a jednak…
Innym przykładem moze byc moja podróż. Do Bozeman leciałam na tydzień aby na spokojnie przetrawic zmianę strefy czasowej. Dwudniowy samotny nocleg okazal sie zbyt kosztownym przedsięwzięciem, więc zaczęłam rozpytywac wśród znajomych, czy ktos mógłby mi uzyczyc choćby skrawka podłogi na ten czas. Dzieki Joe’mu, głównemu organizatorowi, wylądowałam w super-hiper-ekstra-wypasionym hotelu przeznaczonym dla wszystkich oficjalnych gosci. W miedzyczasie dostalam jeszcze kilka innych propozycji. Pierwszy raz lecialam nie do konca zorganizowana, a jednak ze spokojem, ze wszystko bedzie dobrze.

Nerwobole psychy
Gdzies nad oceanem Atlantyckim zaczely dopadac mnie przedstartowe stresy. Byl nawet moment mocno kryzysowy z serii: „co ja tu w ogole robie? Przeciez odstaje od reszty o cale lata swietlne. Do Bozeman przyjezdzaja praktycznie sami najmocniejsi zawodnicy – a ja co? Ani wytrzymalosci, ani chudej dupy…”. Tu nieoceniona pomoca okazala sie rozmowa z Ola, ktora od miesiaca mnie trenuje. Dobry trener nie tylko dba o fizyczne przygotowanie zawodnikow, ale takze o ich nastawienie, wypoczynek, odzywianie – slowem o caloksztalt tworczosci.
Nie bede przytaczac dokladnie, co uslyszalam od  Oli. Starczy jak powiem, ze podroz i pierwszy dzien w USA byly ostatnimi chwilami, w ktorych sie czymkolwiek stresowalam. Pozniej przyszedl ogromny spokoj i przekonanie, ze jest dobrze, a bedzie lepiej.

image

Organizacja to podstawa
Wiedzac, ze jedzenie w USA jest dla standardowego sportowca niejadalne – wszyscy podeszli bardzo powaznie do oficjalnego obiadu podczas otwarcia imprezy. Wiadomo bylo – najesz sie teraz albo nigdy. Schabowy, salatka, jakas masa ziemniaczanopochodna. Blyskotliwoscia wykazal sie Valek – z oficjalnego jedzenia wynieslismy do domu 9 kotletow, ktore staly sie podstawa naszej diety nastepnych dni. Poza tym impreza otwarcia – standardowo. Duzo gadania, przedstawienie zawodnikow, muzyczne show w wykonaniu lokalnej indianskiej spolecznosci oraz wielki festyn sprzetu. Z festynu wrocilam z torba czapek czolowych firm outdoorowych. Teraz tylko sie zastanawiam czy na granicy nie bede musiala sie tlumaczyc, ze nie jestem dealerem kapeluchow, tylko „tak jakos wyszlo”, ze mam ich ze soba okolo 14….

image

Zawody, zawody i po zawodach
Eliminacje byly slabe. Za to polfinal… Po polfinale wreszcie mialam poczucie dobrze wykonanej roboty. Wiadomo bylo, ze z wytrzymaloscia jeszcze slabo, ale cztery tygodnie przed Korea to wystarczajacy okres, zeby sie poprawic. Plusem dla mnie okazalo sie ulozenie polfinalowej drogi damskiej na bardziej przewieszonym panelu. Ratujac sie fizycznie plecami a mentalnie wiara we wlasne sily – udalo mi sie zajac dobre, pietnaste miejsce. O czasowkach nie ma co sie rozpisywac. Haki na wieloryby stworzone specjalnie dla mnie przez Rzeszowska Kuznie Szpeju okazaly sie fantastyczne. Tylko wieloryb nie chcial wspolpracowac. Bywa.

image

Wschodnio-europejskie wsparcie
Nie wiem czemu, ale to wlasnie rosyjsko-ukrainski team jest tym, z ktorym najlepiej mi sie zyje. Pomoc, jaka dostaje od Przyjaciol ze wschodu, jest naprawde ogromna. Zaczynajac od podstaw zyciowych i wspolnego mieszkania, idac przez dyskusje sprzetowe, porady treningowe, kolejne zaproszenia na wspolne wspinanie, a konczac na takich drobiazgach jak pomoc w nauce rosyjskiego. Ludzie sa naprawde niesamowici. Poza tym posiadaja ceche, ktora bardzo cenie – chec pomocy komus, komu naprawde zalezy.

Zmiany, zmiany, zmiany
Spokoj zrodzil we mnie kilka zmian. Przede wszystkim po raz pierwszy byla we mnie potrzeba samotnosci za oceanem z tym wszystkim. Poza moja rodzina i przyjaciolmi – nie chcialam sie dzielic na fb niczym zwiazanym ze startem. Nie dlatego, zebym uwazala, że nie ma o czym mówić. Tym razem po prostu przyjęła zasadę, że co się wydarzyło w Bozeman – zostanie w Bozeman i wsrod ludzi, ktorzy w tym uczestniczyli. Tym bardziej, ze nawet gdybym chciala – chyba nie umialabym przekazac tego wszystkiego, co dzialo sie w ciagu ostatniego tygodnia. Ten krotki zbior roznych przemyśleń musi wystarczyc.

image

A co dalej?
Dalej praca. Ciezka praca.

image

Fot. M. Ostrowski

W bagazu swiezo zakupione chwyty rosyjskie i koreanskie, na szybko zorganizowany dwutygodniowy oboz treningowy w Charkowie, gdzies po drodze swieta i czas dla rodziny i przyjaciol. A przede wszystkim radosc i spokoj. Your home is where your heart is. Dobrze byc w domu.

image

Przypadki, ktorych nie zna historia

Przypadek nr 1
Borys pracujący

W poszukiwaniu nowych, własnych źródeł finansowania postanowiłam zakasać rękawy i wziąć sobie do serca hasło: do pracy rodacy!
Pierwsze podejście nastąpiło w kwietniu. Niestety, nie puściło sajtem. Po przerzuceniu którejś nocy pół tony ciuchów i powrocie o godzinie drugiej w nocy w chałupę nastąpił szybki wycof. Pracowałam tydzień.
Drugie i trzecie podejście do tematu skończyło się w przedbiegach – nie stawiłam się na dwie kolejne rozmowy o pracę.
Czwarty raz do spotkania doszło, ale Kosek zapomniał zadzwonić w terminie do ewentualnego przyszłego pracodawcy z decyzją.
Wreszcie nastąpiło lato, z latem słońce (!), ze słońcem tłum ludzi, a z tłumem ludzi praca sezonowa. I tak od dłuższego czasu Borys spędza dni na świeżym powietrzu, ubierając dzieciakom uprzęże i tłumacząc jak się wpina „te śmieszne metalowe haczyki”. W doborowym towarzystwie, ze wspaniałym szefostwem, w pracy którą lubi.

image

Za pracą idą nawet całkiem sympatyczne zarobki, które rozchodzą się w tempie ekspresowym na pierdoły. Cóż – taki lajf.

Przypadek nr 2
Borys biegający

Zawsze uważałam, że bieganie jest sakramencko nudne.
Chodzenie po górach też jest sakramecko nudne, chyba że podchodzi się pod drogę wspinaczkową.
Jedynym sensownym wytłumaczeniem połączenia tych dwóch bezsensownych dyscyplin jest chęć odchudzenia dupy. No, i namowa przyjaciół ostatecznie.

image

I w ten oto sposób padła krótka przebieżka: kuźnice-hala-kozia-piątka-palenica.

image

Kolana bolą mnie do dziś, ale się cieszę.
Lepiej jest coś robić, bo jak się nic nie robi to pozostaje tylko alkoholizm, nikotynizm, marazm i defetyzm.

Przypadek nr 3
Granit – my love

Miejsce akcji: Tatry wysokie, środek ściany
Czas akcji: środek lipca, środek dnia
Bohaterowie: jeden Borys, jeden Chłopak

Akt I
Borys: (paląc fajkę, asekurując, sam do siebie) Ciekawe, jak zareaguje, jak mu teraz powiem, że ja to chyba jednak nie lubię się wspinać w granicie…
Kurtyna

image

W ramach kontynuacji mojej jurajskiej miłości do polskiego wapienia oraz chęci zrobienia cyfry w sporcie tegoroczny sezon spędzam w Tatrach regularnie dostając chłostę oraz w Sokołach na rysowaniu (gdzie także dostaje chłostę ale w mniejszym natężeniu). Przeuroczo.

Przypadek nr 4
Być kobietą, być kobietą

image

Japonki – sraponki, kiecki, kolorowy warkoczyk we włosach i malowane paznokcie. Słabo się kompnuje z bickami, porysowanymi dłońmi, barkiem i kolanami.

image

Aaaale…

„…gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie…
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!”

Przypadek nr 5
Dzikich zwierząt stosunek do ludzi

Spotykają się dwaj kumple i jeden mówi:
– Wiesz, właśnie wróciłem z Norwegii. Chłoooopie, czego ja tam nie widziałem! Niedźwiedzie, renifery, po prostu wszystko!
Na co drugi:
– Taa, jaasne. A fjordy też widziałeś?
– Stary! Fjordy to mi z ręki jadły!

***
I tak sobie życie płynie w oparach Absurdu i Aberracji. Dobrze, że w alfabecie jest więcej liter i po A następują kolejne.
B jak Borys
C jak cieszący się
Aż do Ż – życiem.

image

BMC

Stoje na stopniu wielkosci stopy. Jak dobrze pokombinuje to nawet dwie nogi zmieszcze. Teren pologi. Nad glowa dwa przeloty. Oba skladaki. Oba z najmniejszych gowien jakie posiadam. I juz wiem, ze jestem w dupie. Wyprztykalam sie.
Po pierwsze ze sprzetu.
Po drugie, co wazniejsze, z psychy.
I nic nie pomaga. Ani dyskusja z Goska, ze dalej latwo, ze tylko dwa ruchy i luz. Ani dyskusja z sama soba, ze przeciez nic sie nie dzieje, ze asekuracja spoko, ze do gleby daleko, ze urobilam ponad polowe drogi i szybciej i prosciej bedzie ja skonczyc.
Dupa. Kielbie we lbie i nic poza tym. Ani w gore, ani w dol. Z prawej widze jakies stanowisko. Do niego wiedzie przeurocza droga: przewieszone bloki skalne poprzelatane jakims zielskiem. Ni chuja.
W koncu podejmuje decyzje. Skoro nie do gory i nie w bok to znaczy, ze w dol. Diagnoza problemu bezbledna: do gory sie boje. Zalecone leczenie – jak zwykle: skoczyc. Pokonaj swoje leki. Likwiduje oba skladaki i ostrzegam Goske o moim zamiarze. Raz jeszcze ogladam przeloty pod soba. Wydaja sie pancerne. Zaczynam sie obnizac i mam deja vu: ni chuja. Psychicznie nie jestem w stanie. Juz nie. Rozum mi odjelo.
Poniewaz zapas fizyczny mam ogromny – wiekszosc drogi przewspinalam w dol. Ostatnie metry przehaczylam na camach zeby bylo szybciej. Wyszlo szydlo z worka.
Najbardziej zal mi bylo Goski, ktora ma checi, tylko co dzien cos ja ogranicza w tym wspinaniu. Dzis bylam to ja.
Poza mnostwem niecenzuralnych slow pod wlasnym adresem tylko jedna mysl mi przychodzi do glowy: „cholerna Hejszowina…” – zero przyjemnosci ze wspinania za to ogrom strachu.
Dzien jak co dzien. A dni tych bylo szesc.
***
Niedziela. Jura. Dzwoni telefon.
– Czesc, sluchaj, jest taka sprawa – nie chcialabys jechac na meeting BMC?
– Glupie pytanie, jasne, ze bym chciala.
– Bo jedno miejsce sie zwolnilo, bo Konrad nie moze jechac. Wszystko jest juz oplacone, tylko bilet na samolot trzeba kupic.
– A gdzie mam doleciec?
– Manchester albo Liverpool i autobusem do Manchesteru.
– Ooookej, a kiedy ten meeting?
– No….. w niedziele…
– W ktora niedziele?!
– Najblizsza…

Tydzien na wariackich papierach, telefony do Trenera, ze bede troche pozniej w Zako niz planowalam, telefony do Goski, zeby sie poznac i dogadac sprzet i transport, telefony do rodziny czy pozyczy pieniadze na samolot i kupi bilet, bo ja przeciez w lesie zyje i nie ogarne, telefony do Kierownika Kursu AKG, ze nie dam rady szkolic w niedziele.
Telefony, telefony, telefony.
Zanim sie obejrzalam siedzialam w Krakowie ogladajac swiat przez szybe samolotu i przygotowujac sie do odlotu.
***
Goche poznalam w Manchesterze. Znaczy, jak to w tym srodowisko, wiedzialam kto zacz, ale jakos zycie sie tak ukladalo, ze nigdy sie w skalach nie spotkalysmy. Kwestia geografii: ona Sokoly, ja Jura i Podhale. Kontakt zlapalysmy od razu i do konca wyjazdu bylo bardzo wesolo. Kolejna cudowna znajomosc.
Do Llanberis Angole przywiezli nas z Manchesteru busem. Grupka byla spora. Jakis Helmut, jakis Lopez, dwoch Japoncow, Lotysz, Litwin, Chorwaci, Slowency, mieszkaniec Indii (Indianin?). Slowem – przekroj przez swiat caly.
Atmosfera od poczatku super. Nocleg zorganizowany, posilki od sniadania do kolacji, wspinanie w ciagu dnia i prelekcje wieczorem. Czasami pogoda niedopisywala, ale biorac pod uwage standardy w Polnocnej Walii – i tak mialysmy duzo szczescia.
image

Wspinanie – dzien pierwszy
Kamieniolom lupka – dla glupka

Od razu przyznam sie bez bicia, ze nie zostalam fanka rejonu Slate. Nieczynny kamieniolom lupka, wyslizg wiekszy niz na Baderze w Rzedkach, asekuracja iluzoryczna, wspinanie, ktore glownie meczy lydy i psyche.
Jak na moj kompletny brak rozwspinania i trzy dni w tym roku w skalach to i tak niezle.
Na rozgrzewke cztery drogi: Seamstress, Seams the same, Solstice i Fool’s Gold. Wyceny nie warte wspomnienia, zwlaszcza ze nieadekwatne do znanej nam rzeczywistosci i skali Kurtyki/UIAA/francuskiej.
Po pierwszym dniu dopytuje sie u Becky, mojej opiekunki, o jakies rysy. Przerazenie w jej oczach mnie zaskakuje. Ze ona glownie po slabach, ze rys nie zna, ale cos wymysli.
image

Kolacja, prelekcja, lulu.

Wspinanie – dzien drugi
Tremadog, czyli tree-mad-rock

image

Wreszcie jakies naturalne skaly i jakies tarcie. Celem dnia jest droga The Neb z ewentualnym trzecim wyciagniem Neb direct, jesli poczuje spreza. Sprez w tym wypadku jest bardzo wskazany, bo direct to hand rysa: 2m dachu, 4m przewieszenia i 2m pologiego terenu. Generalnie okapik do przejscia. Jaja zaczynaja sie na podejsciu, gdyz wsrod drzew ciezko nam znalezc start. W koncu uznajemy z Becky, ze to „musi byc tu” i ze zdjecie pewnie slabe, ale mnie sie podoba i cisne. Pierwszy wyciag ladny, jakies zaciecie, jakas przeryska. Drugi to przeniesienie stanu przez krzaki. Nastepnie trzeci – 4m przewieszonej ryski, polka, druga przewieszona ryska i jest okap. Wahluje sie z pol godziny czy sie wbic czy nie. W koncu szkoda mi sajta i ide klasycznie pod okapem. Dzien konczymy na klasyku rejonu: one step in the clouds. Prowadze ponad 40-metrowy wyciag w banalnym terenie z banalna asekuracja (w gruncie rzeczy zakladam cztery przeloty…). Wracamy w chalupe. Dzien jak co dzien.
Kolacja, prelekcja i spac.

Dzien trzeci – troja na szynach
image

Dla mnie byl to kryzys. Wszystkiego.
Dla Goski poniekad tez, bo polaczono nas w trojkowy zespol.
To byl wlasnie ten dzien, gdy 35m weszlam do gory, 25m w dol, a 10m przehaczylam zeby wrocic na ziemie.

Dzien czwarty – rest
image

image

Deszcz, wycieczka do DMM, deszcz, odsypianie, deszcz, ksiazka, deszcz, odsypianie, deszcz, deszcz, deszcz…

Dzien piaty – (prze)rysowanie, Llanberis Pass
image

Wreszcie wstalam rano z checiami. Cos sie zmienilo. A moze sie po prostu rozruszalam? Na te ostatnie dwa dni moim opiekunem byl Paul. Zaproponowal wspinanie na przeleczy, jakies fajne rysy. Zaproponowalam jedna przeryse po drugiej stronie drogi. „A chetnie, chetnie.”
Pierwsza czesc dnia – rozgrzewkowa. Brant direct, Slape direct, Wind.
image

Na popoludnie zapowiedziane deszcze, wiec wrocilismy spod sciany do drogi, przeslismy na druga strone i zaczelismy podchodzic pod offwidth. Po 10 min okazalo sie, ze trafislimy na pierwszy crux – stoje po kostki w blocie.
– No! To teraz poznalas juz te slawne walijskie bagna! – smieje sie Paul. Pod skalami spotykamy Amerykanke. Wlasnie wrocila z tej przerysy. Pozycza zestaw camow (3x #6, 2x #5) odradza branie kasku, zyczy szczescia.
Drugim cruxem okazalo sie podejscie pod droge. Mokre pionowe trawniki sprawily ze omal nie wyladowalam na piargu 15m nizej. Po zastosowaniu wszystkich znanych mi technik (zeby w ziemie, rece w kepy trawy, nogi probujace wykopac stopnie) udalo sie dojsc pod ryse – Fear od infection.
image

Juz po pierwszych czterech metrach tetno wzroslo mi do okolo 180, jednak cala droga okazala sie zaskakujaco prosta. Nie byl to standard OW – 10cm w gore, 5cm w dol, tylko gielganie sie po 20cm z restami co 2m.
Do chalupy wrocilismy juz w deszczu. Jak sie pozniej okazalo ow deszcz (i drobny blad w przewodniku) mial znaczacy wplyw na rozwoj umiejetnosci lotniczych Gochy.
Wieczor uplynal nam przy piwie, papierosie i wymianie opinii co do drog w okolicy. Dla dobra wizerunku polskiego (kobiecego!) teamu – nie przytocze cytatow.

Dzien szosty – klifffffy
Nie wiem, skad sie wzielo to nasze szczescie, ze do najlepszego rejonu trafilysmy ostatniego dnia. Gogarth – szum morza, krzyk mew, piekna skala, slonce. Gocha cisnie. Ja nie jestem w stanie – wszystko mnie boli, a przede wszystkim kostka, ktora nadwyrezylam kilka dni wczesniej w Tremadogu. Udaje mi sie poprowadzic, w bolach, fifth avenue i to koniec.
Pod sciana spotykam Amerykanke. Patrzymy na siebie ze zrozumieniem. To ten rodzaj porozumienia, ktoremu nie potrzebne sa slowa – obie bylysmy wczoraj na Fear, obie dzis nie istniejemy.
Wieczorem impreza, ktora obie z Gocha odpuszczamy. Ona – bo nie w jej klimacie, ja – bo o 4 musze wstac zeby zdazyc na samolot. Meeting dobiegl konca.

Oczywiscie podroz powrotna nie mogla sie obyc bez komplikacji, spoznionego samolotu, spoznionej przesiadki itd. Ale – piwo i sernik na koszt Lufthansy we Frankfurcie tez mialo swoj urok. Poza tym – w ostatecznosci ja wrocilam do Krakowa w niedziele. Gocha impreze miala taka, ze w domu wyladowala po trzech dniach. Ta to pozyje.

***
Na koncu chcialabym podziekowac przede wszystkim:
Gosce, za cierpliwosc, za pogadanki, za smiech oraz za nauke jak sie powinno wspinac. Laska, jaja masz wieksze niz niejeden facet 😉 Szacun!
X-owi, PZA i BMC – za mozliwosc uczestniczenia w meetingu i rozszerzenie horyzontow, swiatopogladu oraz wspin w fajnym miejscu z doborowym towarzystwem.

Życie pełne zakrętów

Wróciłam z Pucharu do Łodzi do domu rodzinnego i przeżyłam kryzys. W jednej chwili uświadomiłam sobie, że zabawa się skończyła, życie toczy się dalej, a ja stoję w miejscu. I kompletnie nie wiem, co robić.
Siedziałam na krześle i myślałam jak ogarnać strzępki, ktore mi zostały tak, aby powstał z tego zadowolony Borys.
Byłam bezrobotną, bezdomną eks-studentką i pseudo-sportowcem.
Eks, gdyż AWF postanowił mnie wyrzucić w polowie PŚ z powodu nieobecnosci na zajęciach.
Pseudo, bo kilka przejsc, czy polfinalow nie czyni ze mnie sportowca. Przy mojej wielorybiej wadze i nie-regularności trenowania wręcz powinnam się cieszyć z osiągnietych wyników.
Ale.
Życie ma to do siebie, że się zmienia. I to zawsze. A na naszą korzyść wtedy, gdy nad sobą zaczynamy pracować.
Od Pucharu minął miesiąc. Piszę te słowa jak robotny, domny sportowiec, który być może w październiku zostanie studentem.
I przede wszystkim – jestem szczęśliwa.
Właściwie mogłabym powiedziec, że chcieć to móc i byłaby to prawda. Ale niepełna. Bo dopełnieniem są ludzie.
I dzięki tym właśnie ludziom siedzę teraz „u siebie” w Zako, trenuję dwa razy dziennie (3-4h na nartach, drugie tyle na panelu), pracuję (dodatkowe 5h wysilku, za który mi płacą) i wpieprzam niskokaloryczne potrawy. Pięć razy dziennie. I 2l płynów. Liczę na to, że kiedyś ten reżim przyniesie efekty.  Na razie chodzę permanentnie głodna, zmęczona, zasypiam przed 22 i nie mam na nic czasu. Poza ludźmi, dzięki którym znalazłam się w tym miejscu. Dziękuję.
Ps. Następny wpis będzie mniej prywatno-życiowy, a bardziej wspinaczkowy, obiecuję! 😉

image

image

image