Miesięczne archiwum: Luty 2014

ICC – Saas Fee



Spakowałam plecak, wrzuciłam do auta. Jeszcze szybkie zakupy w Żabce. 
Jak zwykle, wszystko na ostatnią chwilę. O 22:00 mało który sklep jest jeszcze czynny.
– Tak, mamo, będę na siebie uważać… mhm, mhm… dobrze, będę sie odzywać… a teraz muszę kończyć i ruszać.
Zapłaciłam za zakupy, zapakowałam sie do auta.
Komu w drogę…

1000 km po raz pierwszy

Krótka konsultacja telefoniczna z Krakowem:
– Wiesz, chyba będę musiała znaleźć jakiś nocleg, bo w Szwajcu nie chcę spać w aucie… tylko to tutaj, to jakieś zadupie narciarskie jest i w dodatku drogo… no tak, tak, ale ja tego nie liczyłam w kosztach… w sumie… masz rację… dobra, dzięki, to wezmę ten pokój. W końcu 50 franków – ujdzie, jak na Szwajc… jutro rejestracja jest od 17, ale ja mam stąd jeszcze  tylko 200 km – wstanę rano i dojadę na spokojnie… 
mhm… odezwę się jutro, dobranoc.
 

Szwajcarskie zadupie



Wstałam rano, jadę dalej. Z GPS-a wynika, ze za dwadzieścia parę kilometrów dowiążę sie do krzyżówki z autostradą i już będę prawie na miejscu….

– Co jest do cholery?!

Nie wierzę własnym oczom. Śliczny znak „zakaz ruchu”. Parę metrów dalej dwumetrowy „szlaban” ze śniegu i lodu. Szwajcarom nie chciało sie odśnieżyć ostatnich 20 km… Niech to szlag…

WTF?!

 Kolejna konsultacja telefoniczna:
– Nie przejadę tędy. W dodatku tu chyba nie ma innych dróg, nie wiem co robić… tak, tak, mam jeszcze kilka godzin… Mówisz, że nie ma innej możliwości, tylko muszę zawracać i nadrabiać autostradami dookoła?… Jesteś pewien?… Dobra. Tak zrobię. Pędzę dalej, bo jeszcze jedna taka przygoda i mogę się nie wyrobić… No, dobra, odezwę sie z Saas Fee.

I tak zamiast dwudziestu kilometrów zrobiło się dodatkowe ponad dziesięć razy tyle… A zapas czasu stopniał…

1000km po raz drugi

Telefon się grzeje:
– Jak rozumiem „geszlozen” znaczy zamknięty?… Aha… Ze 100 km mi zostało, ale droga znowu zamknięta, stoję na jakimś szlabanie… Przynajmniej tym razem napisali o tym wcześniej… Co?… Na jakąś furkę czekam… znaczy podobno stąd pociągiem będę jechać… w sensie, że samochód na pociąg i w drogę… Nie, nie trzeba, jeszcze się jakoś wyrabiam z forsą… dobra, bo zbankrutuję na rachunku za telefon, może wieczorem znajdę wifi to sie odezwę… Paaaaa.

 

furka

Saas Fee
Accommodation

Tylko Szwajcarzy mogli to wymyśleć… płacić 50 franków za każdą noc, dodatkowo 60 za sprzatanie (jednorazowa obowiazkowa oplata), a na koncu dowiedziec sie, ze to miejscowość bez samochodu i 18
franków za każdą dobę na obowiązkowym parkingu… Gdzie ta cholerna rejestracja zawodników??? 

Na parkingu trafiam na zawodników z Francji.
– Excuse-moi, est-ce que vous savez ou est le bureau de competition?
Czemu mam wrażenie ze powiedziałam cos nie tak?
– La registration? – próbuję dalej.
Francuzi też nie wiedzą, ale przynajmniej znają kogoś, kto wie. Miałam farta. Mogłam trafić na Koreańczyków… chociaż może oni mówiliby po angielsku? Nic to, może przynajmniej przypomnę sobie francuski…

Saas Fee
Registration

– So… everything is ok? Sure?
– Yes, of course! Just pick out some number, starting list will be at nine.
Losuję numerek. 13. Fajnie, do takiego liceum chodziłam, pasuje mi.
– Which number you’ve got?
Pokazuję trzynastkę na kartce.
– Oh, no! It’s bad, not for luck! – I zabierają mi numer. To po co go dali do losowania?
– Pick another.
Losuję. Tym razem 17. Niech i tak będzie.

– Hi Olga! You’re alone from Poland?
Wreszcie jacyś znajomi. Witam sie z Radkiem i Martiną. Krótka rozmowa, że sama jestem, że drogo, że strasznie…
– And your federation didn’t give you money?
– Nope.
– You see this guy with camera? Go and say to everyone that in Poland you have to do everything by yourself! Next time I’m sure they will give you something.
Dowiaduję się, jakimi kwotami wspiera swoich zawodników federacja czeska. Trochę robi mi się przykro, ale trzymam dobra minę – wypowiedzi do kamery odmawiam, a Radkowi troche użalam się na drożyznę.
– You know… Saas Fee isn’t cheap… And the parking – 18 franks per day…
– But competitors have got parking for free. Not this, another one, you didn’t know that?

…shit…

Pędzę na parking przestawić auto. Na szczęście pierwsze trzy godziny były za darmo. Udaje sie, coś zaoszczędzę. Wracam na salę i dziękuję Radkowi za rady. Na kolacje spaghetti. Całkiem dobre. Losowanie. Startuję jako 11. Czas wracać do domu, jest już 22:00, a jutro o 7:45 zamykają strefę. Trzeba wstać o 6:00. Jak mus to mus.

Saas Fee
s@motność w strefie

6:30. Telefon dzwoni:
– Dzień dobry! Tu centrum logistyczne reprezentacji Polski na Puchar Świata J. Czy zamawiała Pani budzenie? To do boju, nie ma lekko!
– He, he, już wstałam, kończę się ogarniać i zbieram. Aha, w strefie nie mogę mieć telefonu, ale i tak już teraz go wyłączę. Odezwę się po starcie, dzięki, pa!

Pakuję sprzęt do plecaka. Ciemno, zimno. Idę na parking. 7:15, pusto. Czyżbym była za wcześnie? No fakt, skoro strefę zamykają dopiero za pół godziny…

przedstartowo

Wsiadam do auta, odpalam silnik i się grzeję. Powoli zaczynają łapać mnie stresy. Przyjeżdżają Czesi, wraz 
z nimi Słowenka – Anastazja. Chwilę rozmawiamy o ostrzach Kuźni, które wzięłam do sprzedaży. Podobają się, ale do dogadania szczegółów wrócimy już po starcie. Idę z dziewczynami do strefy. Dziwnie tu. Daje się wyczuć lekkie napięcie. Pomieszczenie niby ogrzewane, ale jakoś bardzo oszczędnie. Kawa, herbata, zimne napoje, jakieś słodycze. Biorę herbatę i schodzę na dół. Strefa jest duża: przeznaczyli na nią dwa piętra parkingu. Na dole przewieszony panel – mini bulderownia. Koreanki się wspinają.Może też by się trochę poruszać? Wracam na górę po sprzęt, schodzę na dół, zaczynam sie wspinać. Od razu lepiej. Nawet nie takie złe te chwyty…Wracam na góre, robię sobie kolejną herbatę, rozglądam się po zawodniczkach. Widzę Luckę i Angelike. Poza nimi, Martiną i Anastazją nie znam, ani nie kojarzę nikogo więcej. Ruskie trzymają się w kupie i osobno od innych, są jakieś Szwajcarki, Francuzka, dwie Koreanki, Niderlandka…znaczy ta, no, Holenderka… Zagaduje do mnie dziewczyna z Kanady – Jenifer. Calkiem miła. Po chwili znowu siedzę sama. Lucka z Marti gadają po czesku obok. Nic nie rozumiem, nawet nie staram sie słuchać. Co ja tu robię? To chyba jednak nie był dobry pomysł. Jedziesz nie wiadomo ile, za jakieś nienormalne pieniądze, aby powspinać się kilka minut. Bez sensu. To nie dla mnie. Chociaż, skoro już tu dotarłam, wbrew tylu przeciwnościom,  może dam sobie chwilę i choć ten raz wystartuję, zanim dojdę do wniosku, że to raz pierwszy i ostatni.

Saas Fee
Zawody

 

letka konsternacja

Wywołują nas na oglądanie. Przestaję myśleć o pierdołach, patrzę na drogę. Nie wygląda źle. Tylko ten lód na początku… Nie znam się za bardzo na lodzie, ale wygląda dziwnie, słabo. To pewnie przez zbyt duże amplitudy dobowe… Zerkam znowu na drogę. Zagaduję stojącą obok Martinę. Nie jesteśmy pewne, z której strony obciążać chwyty…A co mi tam, przecież przyjechałam tutaj nabierać doświadczenia, a nie robić wynik. Muszę założyć sobie jakiś plan. Hmm… może tak – nie spaść z lodu. Wszystko inne już będzie na plus. Wracamy do strefy.
… Stres pojawia się na cztery osoby przed moim startem – i znika gdy opuszczam strefę.

Ze startu nie pamiętam zbyt wiele. Skupilam sie na wspinaniu. Pamietam komentatora mówiącego, że ostatnia minuta i to, że się wtedy rozproszyłam. Źle stoję, zaczyna mnie grzać. Musze zrobic wpinkę. Noga zjechała, grawitacja zadziałała, ciało wybrało wolność. Finito. No cóż. Jak na pierwszy raz to chyba nieźle? Mogę już włączyć telefon.
sms: „Szkoda tego lotu (trzeba było zrobić wpinkę z kolejnego chwytu). Za wolno Ci szło w lodzie.”
Kurde, ktoś to oglądał? Naprawdę?
sms: „Doszłaś dalej niż Martina!”
Ale jak to? Jak to dalej? Przecież to były łatwe ruchy, a ona jest znacznie lepsza ode mnie…
sms: „Bardzo dobry start! Gratulacje! Sam drnoł cie pochwalił „
Zaraz, zaraz… To ile osob to ogladało?!…

Zabieram sprzęt i wracam do apartamentu. Zaglądam na fb i nie mogę uwierzyć. Czytam milion radosnych 
komentarzy – moja Siostra zadbała o publikę i doping, gratulacje od rodziny, znajomych, przyjaciół… Czuję się szczęśliwa. I zmęczona. Przeglądam wyniki po eliminacjach i nie bardzo mogę uwierzyć. 14? To przecież 
oznacza… czekam na magiczną kreskę dzielącą zawodnikow na tych, co jeszcze się będą wspinać i tych, co już skończyli. Jak na złość, w sieci nie aktualizują listy. Pakuję się i idę na ścianę. Szukam wyników kobiecych eliminacji. Są. Jest i kreska. I moje nazwisko nad kreską. Półfinał.

Muszę przyznać, że nie liczyłam na to. Jasne, że myślałam wcześniej, że fajnie by było, ale przecież wiem, jak się wspinam i jaki jest poziom zawodniczek. Półfinał był dla mnie na granicy marzeń i absurdu. W dodatku później uświadomiłam sobie, że 14 miejsce, to bardzo fajny wynik, ale przecież po półfinale mogę być jeszcze 18… I znowu muszę wstać rano…

Nauczona doświadczeniami dnia poprzedniego do strefy przyszłam na 7:40. Radek i Honza doradzali Martinie co i jak. Dla niej to też pierwszy start w PŚ. Pogratulowałyśmy sobie wyników dnia poprzedniego. Usłyszałam kilka porad na temat lodu (żadnego kopania czy wbijania, tylko zahaczanie) i zaczęło się wszystko od nowa: strefa, ogladanie, strefa, rozgrzrwka, herbata, start…

Droga półfinałówa była znacznie dłuższa. Skupiłam się na obejrzeniu głównie pierwszej części drogi i przede 
wszystkim lodu. Po czasówkach wyglądał jeszcze gorzej niż wczoraj… Założyłam optymistyczny wariant – 
dojść do drewnianej belki.

Znowu stres nadszedl kilka osób przed startem i przeszedł gdy weszłam na ścianę. Pokonałam lód, weszłam 
w panel i… kurde, nie wiem co robić! Nie zwrocilam uwagi na pierwszy chwyt. Mój błąd. Teraz nie wiem jak go zlapac, nerwowo przekładam dziaby, a odległość do następnego chwytu wydaje mi się abstrakcyjna. 
Gdy tak myślę co robić i próbuję sie złożyć do ruchu – spadam. No i ch…, myślę, dziabka zjechała. 
Ale to przed pierwszą wpinką, więc może (choć to półfinał), jednak pozwolą mi jeszcze raz startować. Może. Rozmawiam z sedzią, czy mogę powtórzyć start i nagle orientuję się, że trzymam w ręce kamień. To śmieszne, ale moją pierwszą myślą było: skąd ten kamień? Przecież wokół leży tylko śnieg i lód, dlaczego ja
trzymam w dłoni jakiś kamień? Sędzina pierwsza zorientowała sie o co chodzi. Każą mi sie ubrać, odwiązać. Radek krzyknął, żebym się nie przejmowała, że to incydent techniczny, że pozwolą mi powtarzać i mam teraz 20 minut przerwy. Dopiero dociera do mnie, że to chwyt sie ukruszył. Radek woła dalej, że organizatorzy muszą mnie zabrać do innej strefy i żebym się nie wychłodziła i nie stresowała. Sędzia główny prowadzi mnie do baru tuż obok ściany. To ma być moja strefa. W strefie pełna izolacja – 6 ekranów telewizyjnych na ścianach i w każdym relacja na żywo. No pieknie. Lekka konsternacja organizatorów, w końcu wyłączają jeden ekran, mnie prowadzą w kąt, żebym nie widziała relacji, wyjaśniają wszystko na spokojnie i zostawiają. Zdejmuję buty. Przemokły w lodzie. Chowam je pod kurtkę aby nie zmarzły. Kładę sie na ławce i myślę nad tym ruchem. Może by spróbować z czwórki? Minuty sie wloką, słyszę komentarze ze ściany i jestem w stanie wywnioskować kto gdzie spadł. Mniej więcej oczywiście. Po dwudziestu kilku minutach wraca sędzia. Moja kolej. Znowu.

Lód przechodzę szybciej niż poprzednio. Chwyt, który zdemolowałam, wymienili na inny – w moim dczuciu 
lepszy. Nie umiem się jednak odnaleźć na drodze. Popełniam masę drobnych błędów. Objeżdzają mi nogi, za mocno sie trzymam. Nie wiem, jak robię kilka ostatnich ruchów: przedramiona bolą. I ta myśl: byle jeszcze jeden ruch, niech Ci się otworzy samo, w walce, a nie, że już masz dość i odpuszczasz. I otwiera sie dokładnie tam, gdzie przewidziałam… Ale i tak jestem zadowolona – 7 wpinek, czyli „standardowa” długość dróg drytoolowych w Polsce. Ciekawe, ktore miejsce zajmę. Wlaczam telefon:
sms: „Masz na razie 3 / 7 (ex aequo z Jennifer Olson)”
Dziwne. Przecież spadla z dalszego chwytu. Pewnie błąd. Poza tym w półfinałach nie ma ex aequo. Ale 
przynajmniej nie będę ostatnia.
sms: „Masz ZUPEŁNIE CHU*OWE buty”
No bez przesady… raczej chuj… wytrzymałość…
sms: „Gratsy! Nagrałem cie, teraz już możesz iść i pić ;-)”

http://www.youtube.com/watch?v=MQDcsYBXvEQ

Resztę półfinałów oglądam w apartamencie. Koniec końców zajmuję 15 miejsce. Nieźle, jak na debiut. 
Na finały wracam na ścianę. Mocni zawodnicy, ładnie sie ruszają – jest na co popatrzeć. Po finałach dekoracja. Ktoś mi gratuluje wyniku. Po chwili orientuję się, że to był jeden z finalistów – Nikołaj. Głupio mi, że nie zorientowałam się od razu. Atmosfera zadowolenia i wreszcie luzu. Zaczyna sie after party, ale niezbyt 
udana – za dużo ludzi i to zupełnie przypadkowych (after party było otwarte również dla widzów, jeśli dokonali stosownej opłaty). Po chwili wracam więc do domu. Na szczęście w między czasie zgadałam się z ekipą słoweńsko-chorwacką i jutro jadę się wspinać do Kanderstegu. To dobrze, mam co robić przez najbliższych kilka dni. Powoli zaczyna mi się podobać.

III Manewry Dryboonkrowe + XII Memoriał Bartka Olszańskiego

Nie pisałam relacji z tych imprez. Z jednej prawie nic nie pamiętam, z drugiej nie miałam czasu pisać.
Manewry tak naprawdę były najważniejszą dla mnie imprezą w 2013r. To od nich wszystko się zaczęło. Wcześniejsze imprezy traktowałam zabawowo, na Manewrach zależało mi aby zrobić wynik. Było, nie było – Janówek stał się „moim” ogródkiem drytoolowym.

Zawody były fajne. Dużo wspinania, trudne drogi, udział w męskim półfnale i damskim finale. Do tej pory wspominam ten dzień z uśmiechem na twarzy, a nagroda specjalna, którą dostałam od organizatorów budzi we mnie same pozytywne wspomnienia. Zdecydowanie była to najlepsza rzecz, którą kiedykolwiek wygrałam.

Memoriał Bartka Olszańskiego też miał dla mnie duże znaczenie. Pierwszy raz o tych zawodach czytałam w sieci jak miałam 16 lat i żałowałam, że startować można dopiero od 18. Później, po uzyskaniu pełnoletności, zimą pojechałam do Kanderstegu, przeleciałam się w lodzie kilka metrów i odłożyłam dziaby na bok uważając, że ten sport nie jest dla mnie. I kolejne lata z pewną zazdrością czytałam o Memoriale.
W końcu w 2013 udało się pojechać. Wspinanie w Tatrach, zwłaszcza zimą, zawsze poprawiało mi nastrój. Tym razem było tak samo. Piękna pogoda, otoczenie gór, bliscy ludzie.
Zawody były udane, choć drogi trudne. Albo może raczej ja nie byłam przyzwyczajona do tatrzańskiego granitu. Ze wszystkich wspomnień najbardziej utkwił mi w pamięci obraz wspinającej się Darii. Walczyła jak lwica – aż miło było na to patrzeć.
Po zawodach zgadałam się z Darią i Aśką na temat wspinania w Tatrach. Od niedawna chodził mi po głowie pomysł powspinania się zimą w górach w damskim zespole.
Niestety – późniejszy zdarzenia i nienajlepsze warunki w górach sprawiły, że pomysł do tej pory czeka na realizację.