Miesięczne archiwum: Luty 2017

Europejski Puchar Świata

Znalazłam u siebie ostatnio taką notatkę napisanę w Durango (USA):

„Zawody. Emocjonalny rollercoaster. Izolacja. Start. Oczekiwanie na wyniki… Tak to standardowo wygląda. Na papierku. W programie imprezy. Ale życie to coś więcej niż zapisana kartka papieru. U ludzi to przede wszystkim emocje. Widziałam strach, widziałam obawy, widziałam nadzieję i moment, gdy ta nadzieja się ulatnia. Widziałam złość i smutek. Ale też radość i zadowolenie. Ktoś płakał, bo mu nie poszło, ktoś płakał, bo mu poszło. Jeśli nie chcesz zwariować – musisz pozbyć się jakichkolwiek oczekiwań. Nie znaczy, że masz w siebie nie wierzyć!  Masz wierzyć! I robić najlepiej to, po co tu przyjechaleś – wspinać się.”

Przed startem, MŚ Francja 2017

Ileż w tym prawdy. Europa była dla mnie własnie takim rollercoasterem. Dużo przeżyć, zaskoczeń, radości, niedowierzania, ale też niedosytu, rozczarowan, smutku. We wspinaczce lodowej piękne jest to, że wszyscy się lubimy. Że nie patrzymy na siebie „a niech się spierd…” tylko wzajemnie się dopingujemy. Czasem jest to bardzo trudne, bo z jednej strony człowiek chcialby mieć jak najlepszy wynik. Z drugiej – co to za wynik zrobiony na błędach innych. Wspinasz się najlepiej jak umiesz i patrzysz jaki rezultat to Ci dało,

W oczekiwaniu na wyniki, fot. Patho Pix

Do Szwajcarii pojechałam chora. Eliminacje jakoś „przegiełgalam”. Dużo nas było w porównaniu do poprzednich startów. Żeby wejść do półfinalów trzeba bylo wspiąć się lepiej niż połowa dziewczyn. A poziom „średni” w tym roku jest bardzo wyrównany. Pamiętam jak dziś: droga eliminacyjna – dziury na startowym filarze znacznie gorsze niz mi się wydawało. Od lat takie same, a mimo to zapominam. Kamienne chwyty dziwne. Ostrożnie przemieszczam się do góry. W połowie drogi kończy mi się czas. Zjeżdżam na dół i pytam Nastji jak to wygląda. Mówi, że słabo, że jeszcze z dwa chwyty by się przydały najpewniej do półfinalów. Ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że wynik nie jest taki najgorszy. Wchodze do półfinałów z ostatniego – 18. miejsca. Wieczorem jeszcze finał czasówek. Po pierwszym biegu mam tak poobijane piszczele, że rezygnuję i wracam do domu się leczyć i odpoczywać. Start od rana, a ja będę pierwsza.

Wychodzimy ze strefy oglądać drogę. Chwyty dziwne, nawet bardzo. Na niektorych zaznaczono zieloną farbą „część pracującą”, z innymi mamy duży problem. Czas 7:30min. Postanawiam skupić się na dwóch rzeczach: mocno wbijać nogi, bo za słaba jestem na jakieś fikuśne wyjazdy czy 4/9 oraz na dojściu do drewnianej belki. Nigdy mnie tam nie było. Poza tym doświadczenie podpowiada mi, że drewno potrafi zatrzymać wiele zawodniczek, a dla mnie jest elementem prawie naturalnym (dawno dawno temu w Łodzi tak żeśmy pod lodospady trenowali).

Półfinal w Saas Fee, fot. Patho Pix

Startuję: powoli, spokojnie, lód, pierwszy, drugi, trzeci chwyt. O czwartym nic nie wiem. Probuję podchwyt – nie idzie. Próbuję nachwyt – nie idzie. Decyduję się na nachwyt. Dokladam drugą dziabę, zaczynam składać się do następnego ruchu… i ogarnia mnie przerażenie. Jakimś niepojętym cudem trzymam dwoma dziabami wypolerowanej, płaskie powierzchni granitowego chwytu. Natychmiastowa korekta planow w podchwyt. Dalej już po prostu idę. Słysze doping mojej rosyjsko-ukraińskiej ekipy. Poganiają mnie. Jak zwykle. Jednak nie mam siły przyspieszyć. Wykonuję kolejne ruchy, pilnuję nóg. Chwyty. Lód. Drewno. Plan osiągnięty.

„wytrzyma czy nie?” – drewniane obawy 😉 fot. Patho Pix

W połowie belki kończy mi się czas. Łatwa droga, tylko ja słaba. Ledwo stoje. Powinnam być na antybiotyku, ale ratuję się witaminami, fervexami i innymi dozwolonymi lekami. Pasza, jak to Pasza. Opierdala mnie za tempo. Po czym przytula i dodaje „dobrze było”. Zaczynam obserować kolejne starty. Jungmin (KOR) – spada na lodowym kubiku, Anna (GBR) na dojściu do niego, Amira (SUI) ześlizguje się z chwytu, Olga (ROS) na wejściu w drewnianą belkę…. – po kolejnych ośmiu zawodniczkach nadal jestem pierwsza. Teoretycznie jeszcze dwie i final – praktycznie zostały same mocne dziewczyny. Nie jestem w stanie oglądać dalszych startów. Marion (FRA) osiąga ten sam wynik, co ja. Spadam na drugie miejsce. W najgorszym razie będę 11. Sina (SUI) spada mniej więcej tam, gdzie jej koleżanka Amira. 10. miejsce. Teoretycznie mam pewność, że takie zostanie. Praktycznie – historia zna przypadku, gdy i mistrzowie popełniali błędy. I wlaśnie to przytrafia się Maszy Edler, która wypada z drewnianej belki „podarowywując” mi jedno miejsce. Final przegrywam o słaby wynik z eliminacji.

Film z mojego przejścia można obejrzeć tutaj

Późniejsze starty już nie dostarczyły mi tyle emocji.

eliminacje Rabenstein, fot. Patho Pix

No, może MŚ, gdy do pewnego momentu obserwując w internecie wyniki wydawało mi się, że do półfinału wejdę. Praktycznie zabrakło dotknięcia jednego chwytu. Znowu czas. Z drugiej strony, gdyby nie moi przyjaciele to ominęłabym malo widczony ekspres na starcie (przypadki Ineke i Anny) i zajęła ostatnie miejsce. Do końca zapamiętam Valka i jego „DUMAJ!!!!!!”. O czym można dumać na lodospadzie? Tam trzeba zapierd…ać. Rzut oka pod nogi – EKSPRES! Jest taki przepis na zawodach, że nie można się zejść żeby zrobić wpinke. Miałam szczęście, zatrzymałam się, gdy ekspres miałam przy kostkach. Sięgnęłam. Ale i tak wszystko zajęło mi zbyt dużo czasu.

eliminacje MŚ Francja, fot. Patho Pix

Do Polski wracałam dwie doby. Z Mistrzostw Swiata przyjechałam prosto pod kroplówkę. Osłabiona, bardzo mocno zatruta, zmęczona. Od tego czasu minęły prawie trzy tygodnie. Dalej nie mogę patrzeć na dziaby. Czasem próbuję oglądać filmy z zawodów, ale szybko orientuję się, że to za wcześnie. Poza tym tęsknota robi swoje – rzuciłam się z pasja na wspinanie letnie. Wreszcie na spokojnie, bez planów czy rozpisek treningowych. Bez poczucia obowiązku. Temat zimowego wspinania i tegorocznych zawodów zamykam. Następny wpis będzie już wiosenny 🙂

rest, fot. Patho Pix

PS. Z ciekawostek przyrodniczych – tak wyglądała droga eliminacyjna oczami zawodniczki 😉 (już podczas obserwacji nie zauważylam podwójnej wpinki na lodzie i wpisałam „5 na lodzie” zamiast „6”…)

Azjatycki Puchar Świata

Prolog

Słowem wyjaśnienia – ponieważ Pekin był nowym przystankiem na mapie lodowego pucharowego wszechświata – postanowiłam sporządzać na bieżąco notatki z tego okresu, aby później je na spokojnie przeanalizować. Tak się rozpędziłam, że notatek starczyło i na Koreę 😉 W związku z czym postanowiłam (w ograniczonym stopniu) podzielić się z czytelnikami myślami, które towarzyszą zawodnikowi w różnych momentach w życiu zawodniczym. Historia zaczyna się jednakże w środku, czyli drugiego dnia w Pekinie (już po startach), gdyż dzień pierwszy gdzieś się zgubił. Przechodząc do meritum: Pekin wszystkich fascynował. I wzbudzał strach. Przede wszystkim z powodu chwytów. Kilka dni przed zawodami główny routesetter wrzucił następującą fotkę:

z pytaniem: „ok, a co dalej?”. Już na miejscu okazało się, że 90% zacepów (ros.) to ów granitowe kostki (pozostałe 10% to rosyjskie intelekty), które zmyślni routesetterzy przy pomocy kątówek przerobili na chwyty nadające się do użycia:

Dzięki temu w moim notatniczku opisy dróg eliminacyjnych wyglądały następująco:

2prawa, 3, 4lewa, intel. prawy, intel. lewy, 2, 5podchwyt?, 4, 5lewa?, 4, 2, intel. lewy, intel lewy, intel lewy, klamka….

Nawet jakieś rezultaty z tych Chin były. Ale. Tyle slowem wstępu. Oddajmy głos tamtemu Borysowi, który przeżywał na miejscu radości i dramaty mniejsze lub większe 😉 Borys też człowiek.

Pekin, dzień 2

Pamiętam zawody, na których obroniłam się psychą. Pierwszy start w Saas Fee. Wielu rzeczy nie wiedziałam, większością się nie przejmowałam, nie miałam żadnych oczekiwań. Znajomi obserwowali starty z ciekawością życząc dużo dobrego i trzymając kciuki. Minęły trzy lata. Zmieniło się nastawienie moje i znajomych. Przestałam hołdować zasadzie „miej wyj… a będzie ci dane”. Za to zaczęłam się stresować i przejmować. Zaczęłam mieć oczekiwania. Dziś obroniłam swoj start umiejętnościami. Najlepszy wynik dotychczas w zawodach pucharu*, a uznaję start za jeden z gorszych. Bo się bałam. Bo napieprzało mnie milion myśli na minutę. Bo pierwszy raz w życiu przejmowałam się możliwością odpadnięcia i dalekim lotem. Bo nie palę, bo mi dupa tyje, odkąd niepalę. Bo żarcie niedobre. Bo słabo sie przygotowałam do sezonu. Bo oczy. Bo zdrowie. Bobobo. Nawet teraz nie jestem w stanie się po prostu zrelaksować. Może jutro będzie lepiej.

 

Pekin, dzień 3

Ceremonia otwarcia i czasówki. Wszystko oddalone o ponad godzinę jazdy autobusem od hotelu i ściany do prowadzenia. Beznadziejna organizacja kalendarza zawodów. Spędziłam tam chgw ile. Od 9 do 16? Przynajmniej wywalczyłam sobie finał i ósme miejsce. Szkoda, że bieganie nie przekłada sie na wspinanie. 10. miejsce po półfinałach. Zjechałam z chwytu. Jeden ciul. Ni cholery nie rozumiem, co się stało z Angeliką, która ledwo w finały weszła, z ósmego miejsca. Dalej napieprza milion myśli.

Pekin, dzień 4

Takie migawki. Oglądam finał. Klik. Chodzimy z kumplem po jeziorze. Klik. Chiński supermarket. Klik. Obiad z ruskimi. Klik. Mariacha mówi, że bardzo we mnie wierzyła, żebym weszła do finałów i, że dobrze się wspinałam. Klik. Patrzę na ludzi i przyjacioł wokół. Brak podziałów jest czymś pięknym. Klik klik klik.

Pekin, dzień 5

Odreagowywanie stresów zawodniczych i podróż do centrum Pekinu. Przygoda życia: 2h w taksowce. Dogadanie się z Kitajcami** – kolejne godziny. Pora relaksu.

Pekin, dzień 6

Śniadanie z serii: coś z niczego. Owsianka ukraińska (instant), banan i mango kupione wczoraj i dżem „ukradziony” ze śniadania na zawodach jeszcze, W planach dzien zwiedzania: zakazane miasto, zoo i pandy. // Zakazane miasto wielkie. Kitajce nie znają języków. Makadamia w łupinkach i kserowanie paszportu żeby wymienić pieniądze. Wniosek do wniosku do wniosku do podania o wymianę 20dolarów. Historia roku. Zoo okropne.

Pekin, dzień 7 – wyjazd do Seulu

Wczoraj na wieczór jeszcze masaże. Dziś proste pakowanie i o 12 wyjazd na lotnisko. Samolot dopiero o 19. Dzień na oddychanie (choć w Pekinie to śmiesznie brzmi). Tęskno. // Nie mogłabym mieszkać w takim mieście. Z dala jest piękne, w środku jednak straszne. Wszystko zabrudzone, wszędzie tłum ludzi i samochodów. Samochody zawsze stoją. Niezależnie od ilości pasów na drodze i pory dnia. Zwiedzanie świata, poza walorami edukacyjnymi, ma jeszcze jedną dużą zaletę – daje perspektywę właściwą do oceny własnego miejsca we wszechświecie.

Korea, dzień 1

Ceremonia otwarcia z roku na rok nabiera rozmachu. Pokazy rewelacyjne, choć glodówka całodniowa. Startowe listy już przygotowane. 24 na trudność, 1 na czas. Trochę posiedzę w izolacji jutro. Taki żywot. Za rok pokazowka w Korei. Za 5 lat olimpiada? Taki plan. // Wieczorny obrazek: W pokoju na środku leży Kolya. Po jego lewej stronie Masza, po prawej ja, za nim Mariacha i Olya. Przed nami komputer, a na komputerze Przyjaciele. Reasumując: Polka w towarzystwie ruskich, ogląda w Korei Płd amerykański serial po rosyjsku. отлично

Korea, dzień 2

Życie zrobiło się wybitnie ciężkie. Zimno. Drogi po chu… trudne. Miejsce 23 i w sumie mogę sie cieszyć. Masza nie weszła nawet do półfinałów. Tak jak Serioża. W półfinałach Angelika pomyliła się myśląc, że „time out” bylo informacją do niej skierowaną i odpuściła z chwytow. Strasznie wkurwiona była. Koreaniec, ktory nie wszedl do półfinałów siedzi pijany. Ledwo siedzi. Wszyscy odczuwają zmęczenie. // Angelika fartownie w finale. Przepiękny sms od kumpla. Miliard myśli. Przede wszystkim myśli o tym, że tak już miało nie być. Że nie mogę spadać z powodu nie robienia ruchu.

Korea, dzień 3 i 4

Wczorajsze czasówki były śmieszne, zwłaszcza męski bieg o złoty medal***. Ja wybiegałam 10 miejsce. A potem kolejne 10h siedziałam na zimnie. Boję się, że sie rozchoruję od tego. No ale. Co ja teraz mogę. Poza tym tegoroczne puchary mnie zaskoczyły. Wygląda trochę tak jakby starzy mistrzowie byli trochę zmęczeni i nie byli w stanie utrzymać równej formy. Nie wiem, taka myśl mi się kołacze. Dziś wracam, a dokładniej rozpoczynam proces wracania. Zakoncze go jutro ok 20:00. Pojutrze o 22:00 muszę być w Mediolanie i ni cholery nie wiem jak to ogarnąć.

Podróż powrotna z Azji

Zdrowie padlo, padłam i ja. Ale głupi to ma jednak szczęście. Z nieznanych mi przyczyn wylądowałam w buisness klasie. Jest wygodniej, można się położyć, karmią lepiej, jest ciszpa i spokój. Szkoda, że nie mogę wykorzystać wszystkich plusow jak szampan, dobre wino etc. Zakaz alkoholu. Mama z Zygmuntem odbiorą mnie z lotniska. Tyle ludzi mi pomaga, tyle ludzi dokłada swoje 5gr do moich wyjazdow i startów. Niesamowite. // Najczęśniej zadawanym mi ostatnio pytaniem jest: „kiedy wracasz?” Trochę mnie kluje w sercu, gdy zmuszam się do odpowiedzi „za jakieś trzy tyg”. Ale. Taki lajf. Wakacje będą w lutym.

 

*Co prawda raz w życiu udało mi sie być 10 w zawodach PŚ w Bozeman 2015, ale brak najlepszych zawodniczek i ogólnie niewielka ilość zawodników sprawiła, że nie oceniam tego wyniku jakoś bardzo wysoko.

**Chińczycy (ros.)

***W pierwszym biegu o złoto (niestety w sieci brak relacji, jest tylko drugi bieg po zmianie tras u zawodników) Wowie utknęła fifa w lodzie (mniej więcej na 6-7m). W ułamku sekundy podjął decyzję o pozostawieniu fify i do topu dobiegl z jedną. Pierwsze miejsce przegral o 0.66s (suma czasów z obu dróg u panów wynosiła 13.30 dla Paszy i 13.99 dla Wowy). Dla nas i tak wygrany był Wowa. Prawdopodobnie gdyby biegl z dwoma fifami to te 0.66s by jakoś ogarnąl 😉