Miesięczne archiwum: Lipiec 2018

wind of change

Sezon życia! Przejścia sypią się z worka jak prezenty od Mikołaja na Boże Narodzenie. Poprzeczka idzie w gorę, pokonywane są kolejne stopnie trudności!

… Przynajmniej tak wygląda sezon dla większości wspinaczy w tym roku. Karolina prowadzi Kiełbasę i wskakuje na poziom VI.7, Olga prowadzi Filar i Vi.6/6+, Roman i Pat także dopisują do kajetu cyferkę VI.7 (odpowiednio: Sprint i Fumar). Slowem – wszyscy się rozwijają. Wszyscy, poza mną.

Jeśli nawet ktoś nie podnosi swojej życiówki to przynajmniej spędza czas aktualnie w górach, najczęściej Alpach i od kilku tygodni łoi ciężkie (lub też nie) drogi.

Ja nawet w górach nie siedzę. Ba! Ja nawet nie siedzę w Zakopcu, teoretycznym miejscem zamieszkania. Tak naprawdę naprawdę to tegorocznym miejscem zamieszkania moich czterech liter został Oktawiusz… Ale po kolei.

Minął kolejny sezon zimowy, raz bylo lepiej, raz było gorzej. Zakończenie fatalne, no po prostu fatalne. Wiosna miała przynieść powiew świeżości, sezon rozpoczęty wyjazdem do Ospu i w sumie… praktycznie na tym wyjeździe się skończył. Przyćmiła go szara rzeczywistość. Nagłe obowiązki utrzymania się całkowicie samodzielnie (tak, do tej pory w dużym stopniu pomagał mi tata) oraz odłożenia odpowiedniej sumy na sezon zimowy sprawiły, że zostałam pracusiem roku. W sumie to biorę wszystko jak leci nie wybrzydzając, stąd maratony robocze czasem trwają po kilka tygodni pod rząd. Sama chciała 😉

Do tego pozostały wolny czas spędzam na skończeniu starych tematów, czyli dorobieniu wykazdu do kursu instruktora PZA. Wykazu górsko-hejszowińsko-adsprachowego. Sporo zarobków na to idzie, a także czasu. Myśle, że jakbym miała podsumować, w ktorych skałach spędziłam w tym roku najwięcej czasu to byłby to piachy.

Sezon zbliża się wielkimi krokami, więc czas na odświeżenie sprzętu oraz trening ogólnorozwojowy – dzięki Oli przekonałam się na nowo jak to jest żyć będąc nieżywym 😉

I tak spędzam dnie w Łodzi i jej, zyskujących na wartości, okolicach jeżdżąc od czasu do czasu do pracy lub do Hejszy, patrząc jak kolejne dni przelatują mi przez palce i wreszcie odkrywając bolesną prawdę, że nie można w życiu mieć wszystkiego. A z drugiej strony – czy to jest problem?

„To o niczym nie świadczy,

to nic nie znaczy”

ps. Następny wpis będzie ładny, kolorowy, z foteczkami i bardziej na temat 😉 no, i wcześniej niż za pół roku (mam nadzieję!).