V MAS

„Kurna, mysmy się wspinaly czy maraton przebiegly?! Masakrycznie bola mnie nogi”

image

– Idź się wysikać, a później zakładaj uprząż i czekamy na start.
– Ale jak to uprząż? A dojazd?
– No w uprzęży zapierdalasz! Potem nie będzie czasu na zakładanie.
– …

Rozgładam się wokół. Faktycznie – każdy z uczestników memoriału ma już ubraną uprząż, a część osób i ekspresy podopinane. Po raz kolejny dziękuję w duchu Darii, że ogarnia kwestie taktyczne.

– Dobra, to ja biegnę po kartę startową, Ty do rowerów i spotykamy się przed bramą.
– Oki.
– Tak sobie myślę, że może powinnyśmy zajrzeć w punktację, bo jeśliby zmienili jako taki psikus to może być słabo…
– No dobra, rzut okiem nie zaszkodzi, a będziemy spokojniejsze.

W lekko napiętej atmosferze uczestnicy wysłuchują wspomnień o Skwirze, informacji o przebiegu zawodów, przypomnienia najważniejszych punktów regulaminu. Tłum powoli przesuwa się w stronę płotu, gdzie wiszą karty startowe. Słyszę odliczanie, aż w końcu „start!” – ok 250 osób rusza biegiem w różne kierunki. Daria popędziła po kartę, ja zabieram rowery i na nią czekam. Widzę, że sprawdza punktacje, po czym biegnie do mnie.

– Łyse?
– Łyse!

Wsiadam na rower i pędzę. Standardowo – dobra kondycja, słaba psychika. Mijam ludzi na podjazdach, mijają mnie na zjazdach. Koniec końców w skały docieramy z Darią w niezłym tempie, chociaż nogi się pod nami uginają. Szybki rzut oka na drogi i ludzi pod skałą.
– Daria, tu! – rzucam plecak pod jakimś VI.1+
– Żartujesz?! Na rozgrzewkę?!
– Nie moja wina, że tylko to jest wolne…
Wbijam się w drogę. Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl: „chj…owo, ale bojowo”. Kończę drogę, zjeżdzam. Daria się szykuje. Obie jeszcze czujemy podjazdy. Wbija się w drogę. Chwile schodzi, ale robi. Obok zwalnia się VI.1. Daria wbija się od razu. W połowie drogi ma problemy – widzę, że jest zmęczona. „Nie jest dobrze…” myślę i w tym momencie Daria spada. Szlag. Bez pytania opuszczam ją na dół i się zmieniamy. Prowadzę, choć łatwo nie jest.
– Odpoczęłaś? Wędka, czy prowadzisz?
– Oczywiscie, że prowadzę!
Uśmiecham się widząc, że Daria odzyskuje siły. Drogę przechodzi na spokojnie.
– Przepraszam, czy mozemy się wbić przed wami na kancik? – zagaduję jakąś parkę obok. – 5 min i już nas nie ma
Chwilę patrzą po sobie.
– No ok…
– Dzięki! – odwracam się w stronę Darii – laska, mamy obok wolną drogę, więc ruchy!
Zjeżdża, wbija sie w kancik. Zgodnie z obietnicą – 5 min i lecimy dalej. Kontrolnie patrzę na zegarek. Szlag – 11:15. Trzy drogi i godzina. Magiczny plan zrobienia 30 dróg nagle się oddalił o lata świetlne.
Biegamy z Darią od drogi do drogi w zależności od tego, co jest wolne.
– Dobra, trzeba wbić się w te VI.2-ki – decyduje Daria. Mnie się ta koncepcja nie uśmiecha, bo poprzedno jak byłyśmy w skałach nie mialam sily przejsc trudnosci. No, ale cóż – wiem, że ma rację.
– Dziewczyny, kończycie już? – zagaduje zespół damski, który właśnie się tam wspina.
– Tak.

image

Czekamy aż droga się zwolni. Jedyny moment, w ktorym mozna się napić na spokojnie, czy zdjąć bluzę. Dziewczyny kończą, a ja z lekkim niepokojem wbijam się w drogę. W trudnościach zjeżdża mi noga. Plan 30 dróg coraz odleglejszy…
– Idziesz od razu jeszcze raz?
– Tak, dół.
Daria mnie opuszcza, wyciągamy line, wbijam się. Jakoś idzie, choć zdecydowanie wolno. Nie umiem się wspinać szybko on sightem. Trudno. Skupiam się na tym, żeby nie spasc. Stanowisko, dół, zmiana banana. Darii idzie znacznie lepiej. Od razu po skonczeniu wbija się w drogę obok. Powoli się rozkręcamy.
– chodź, obok jest takie VI.1, pojde i Ci przeflashuje.
Daria tłumaczy mi każdy ruch prowadząc. Jednak coś na górze jej nie idzie i po chwili widzę jak leci. Ciągnie po bloku resztę drogi do góry. Szlag. Muszę poprowadzić, bo inaczej któras z nas będzie musiala powtarzać.
– Oki, i z tej klamy sięgasz daleko w lewo do dziury!
– Do której dziury?
– Jak to „do której”?
– No bo są dwie obok siebie!
– Aż tak dobrze to nie pamiętam…
– I to ma być flash???
– Chyba do tej dalszej…
Sięgam do blizszej. Nie jest to klamka. Poprawiam do dalszej. Klamka.
– No, mówiłam, że do dalszej 🙂
– …
Dochodzę do stanowiska. Uff, mozemy jechac dalej.
– Daria,koniec z tymi trudnymi drogami. Teraz biegamy po wszystkim do VI. Idziemy na ilosc, jakość już była.
– Dokładnie tak.
Wreszcie wpadamy w dobry rytm. Bez zbędnej zwłoki robimy drogę za drogą. Udaje nam się przekonać kilka zespołów żeby nas wpuścily (dzięki!) i nawet nie czekamy zbyt długo w kolejkach.

image

– To co, teraz te z boku? Tam są dwie piątki.
Piątki owszem są, ale zajęte. Na VI.1+ wspina się Jacek z Jędrkiem.
– I jak ta droga?
– Całkiem ok, tylko dół po słabych chwytach.
Lepiej się wspinać niż stać.
– Spróbuję, ale jak coś pójdzie nie tak, to spadamy stąd… – mówię bez entuzjazmu. Nie tak miało być, ale co tam. Dół okazuje się znośny w porównaniu do rzadko obitej połogiej płyty u góry.
– No wiesz co… Teraz trawersuje w lewo… Lepiej żeby nie spadała, bo to nie wygląda dobrze… – dochodzi mnie z dołu głos taty, który opisuje Darii, co się dzieje.
Dochodzę do łańcucha, w dygotach zjeżdżam na dół.
– I jak tam? – pyta Daria
– Wieje grobem… Wędka… – wyrzucam z siebie już na ziemi.
Konćzymy tą drogę, robimy jakieś łatwe obok i przenosimy się na drugą stronę Łysych. Tam biegamy po okolicy robiąc, co tylko jest wolne.
– Kurde, nie widzę, gdzie sięgać – stoję przed jakąś bambułą i zaczynam się modlić, żeby Daria z dołu lepiej widziała chwyty.
– Tam w lewo masz chyba klamkę!
Siegam. Ni chu chu. Udaje mi się wrócić do poprzedniej pozycji.
– To nie była klamka!
– W prawo coś jest!
– Ja już znam te Twoje klamki… – nerwowo macam każdy cm ściany jaki mam w zasięgu. Ufff… Coś jest.
– Zapierdalaj do góry!
– Stopni szukam…
– Pod jajkami!
– O, dzieki.

image

Kolejne minuty. Zrobiła się 16:10.
– Słuchaj, biegniemy na Witkowe, ja tam mam zacykane dwie dobrze punktowane drogi, nie czekajmy tu! – proponuje Daria.
Zbieramy sie w pośpiechu. Docieramy pod drogi. Daria prowadzi tłumacząc mi każdy ruch.
– Wędkuj i jedziemy dalej!
Ubieram buty, a w międzyczasie…
– Patrz, co zrobiłam! – śmieje się Daria pokazując na końcówkę liny dyndającą przy trzeciej wpince. Cóż – odezwało się przyzwyczajenie. Ściąga linę do końca. Przynajmniej będzie bonus za dwa prowadzenia.
– Tu obok jest jeszcze takie VI.1, też Ci przeflashuje. – pada propozycja mojej partnerki. Wbija się w drogę – dół jest ok, na górze widzę, że zaczyna być bardzo zmęczona.
– Ola, następną drogę Ty prowadzisz, bo ja już jestem na odlotach! – dociera do mnie głos z góry.
– Oki, oki. Teraz się na tym skup – spokojnie i oddychaj! – staram się dodać sił, a w duchu zastanawiam się „jaką następną?! Przecież musimy wracać…”
Prowadzę po Darii, szybkie przewiązanie się i na dół.
– Dziewczyny, jest za dwadzieścia piąta – organizatorka przypomina nam o czasie.
– Chodż, tu jest taka łatwa rysa… – Daria prowadzi mnie pod kolejną drogę – wszystko Ci powiem.
– …
Zostajemy w skałach same. Coś czuję, że czeka nas ostre pedałowanie do remizy.
– Jedziemy tędy! – widzę jak Daria prowadzi mnie przez jakieś pole.
– Jesteś pewna?
– Tak!
Znowu dziękuję jej w duchu za ogarnięcie logistyki.
Do remizy docieramy 6min spóźnione. Straciłyśmy 6 pkt, a zyskałyśmy na rysie 15. Bilans ok.

– Przestań się śmiać! Dodawaj!
Leżę obok Darii i dodaje punkty, cyferki migają mi przed oczami poprawiając humor.
– Ile wyszło?
Nie umiem powstrzymać śmiechu.
– No mów!
– 675!
Darii udziela się moj smiech
– Ile???
– 675!

Na pudło wystarczyło 🙂

image

Krótka filmowa relacja, jak to było:

Podziękowania:
Zespołom, które wpuszczały nas na drogi, wybaczcie, że nie pamiętam numerów i nazw! Dzięki raz jeszcze 🙂
Przemkowi, za pożyczenie rowerów i kolejną pamiątkę filmową 🙂
Darii, za jaja 🙂

image

Ps.
Sms: „bylybysmy 3 w zespolach mieszanych i 6 w meskich”
Sms: „no mówiłam ci że jaja mamy :)”
Sms: „ja wiem, a pod jajkami mam stopień :D”
Sms: „A jak miałam powiedzieć, pod cip… dziwnie brzmi :D”

Dodaj komentarz