Refleksyjnie

Pamiętam doskonale pierwszą wymagającą drogę. W przejście włożyłam dużo pracy: wstawanie w lipcu wcześnie rano, aby wykorzystać kilka godzin cienia, dbanie o partnera, aby chciało mu się cokolwiek o 7 rano, kilka rolek plastra aby choć trochę ochronić skórę na kostkach, kolanach, dłoniach i permanentnie odgnieciony bark…. Był rok 2010, Rzędkowice – Najtrudniejsza rysa świata (VI.3, a może i 2+?). Wtedy też pierwszy raz w życiu moje myśli nie mogły oderwac się od tego kawałka sciany. Co wieczór przed snem przypominałam sobie każdy ruch, chwyt, klin, oddech. Po świadomości przyszła czas na nieświadomość – rysa została głównym bohaterem moich kilku kolejnych snów. Nie powiem, sytuacja dość męcząca. Pogranicze fascynacji i obsesji. Gdy w końcu udało mi się ją poprowadzić radość z przejścia mieszała się z uczuciem ulgi. A potem nastąpiła pustka i już do końca sezonu żadna droga nie zagościła w moich myślach w taki sposób. Z czasem nauczyłam się, że jest to pozytywny stan pod warunkiem, że nie trwa za długo.

Kolejne dni na Podhalu dostarczają mi właśnie takich doznań. Ciągłe nienasycenie, ciągłe zauroczenie.
W zależności od pogody przeplatam lato z zimą.
Zaczęło się od Jarońca i drogi – Gdzie są dupy z tamtych lat (IX RP, 5. próba). Jeden dzień na rozpoznanie chwytów, wieczór spędzony na przejściu w myślach drogi kilka razy, prowadzenie następnego dnia, spokój.
Później przyszedł monsun i zepchnął mnie w otchłań Drylandu, gdzie w końcu udało się skończyć przygody z Szatańskimi ext. (M10, RP, bez 4/9)
Deszcze ustały, zamieniłam kalosze na sandałki i wróciłam na Jaroniec. Poznanie kolejnych dwóch dróg – Lazy boy (VIII+, RP 2. próba) oraz Inwazja Białych Myszek (IX-/IX, RP 8. próba). Pamiętam doskonale emocje, jakich mi dostarczyły – jedna poprawiła mi humor, a druga zdzieliła po pysku na odlew – w pierwszej próbie nie umiałam nawet wystartować… Wściekłość pomieszana z frustracją, słowem: chłosta. Ale zauroczenie niezmienne. Czasem nie musi być przyjemnie, żeby było przyjemnie.
Zaczęłam pracę nad kolejnymi dwiema drogami, ale znowu się rozpadalo. Grzesznie wrócilam do dziab. Pomysłów było kilka – wybór padł na White Pride (M10, RP, bez 4/9). I znowu – szybkie rozpoznanie, a dalej już walka o ostatnie dwa ruchy. Przygoda trwała jakieś 3 dni (coś około 10 prób) i kilka nocy. Drogę prowadziłam praktycznie co wieczór – w głowie. Myślę, że jakiś psycholog dorobiłby odpowiednią teorię do tego. W końcu wczoraj, po długiej walce, wpięłam się do łańcucha. Siłą woli, ale jednak. A baty po drodze dostałam nie małe. Było zgrzytanie rakami, rzucanie dziabami, wściekłość, katharsis, aż w końcu radość. Kalejdoskop uczuć.

Wspinanie ma tą piękną właściwość, że rozwija. Dostarcza dużo przyjemności i radości, ale uczy także pokory. Co jakiś czas chłosta się przydaje aby człowiek nabrał dystansu i nie popadł w jakis samozachwyt. Problem ze wspinaniem jest tylko jeden. Ciężko znależć w sercu miejsce na inną miłość, gdy ta pochłania Cię bez reszty.
A z drugiej strony – czy to aby na pewno jest „problem”?

image

Dodaj komentarz