Puchar świata cz. 1 – Bozeman Ice Festival, USA

Informacja o włączeniu BIF do cyklu Pucharu Świata pojawiła sie w okolicach września.  Od tamtej pory intensywnie rozważałam wyjazd. W końcu gdzieś pod koniec października zapadła decyzja – nie jadę.
I tu wychodzi ze mnie blondynka. Bo ciągle się nie nauczyłam, że moje decyzje sobie, a życie sobie. W listopadzie dostałam telefon od chłopaków z KWW PZA, że jeśli mam jakieś zawody w 2014r to mogą dać mi kasę.
I znowu wrócił temat Bozeman. Tym razem było prościej. Decyzja zapadła w kilka godzin. I zaczęły się przygotowania…

Kolejne dwa tyg to bieganina po całej Polsce aby załatwić potrzebne formalności. Gdzieś po drodze był mandat za wspinanie, manewry dryboonkrowe, spotkania z rodziną w Łodzi. W końcu, 3 tyg przed festiwalem mialam wszystko. W tym miejscu chciałabym podziekowac mojemu tacie, Przemkowi, bo bez niego to wszystko po prostu by sie nie udalo.
Drugą osobą, ktora pomagala mi w tych dniach, glownie znoszac moje towarzystwo, humory i stresy, był Alex. Dzięki 😉

Tyle słowem wstepu. Jest 14:13, 17. Grudnia. Moje cztery litery znajduja sie gdzies pomiedzy Denver a Waszyngtonem. Tym razem wracam na wschód. Cofnijmy się zatem o kilka dni…

Środa, lotnisko we Frankfurcie
Czekam na lot do Denver. Teoretycznie umowilam sie tu z Jędrkiem i Valentinem. Teoretycznie, bo ani jednego ani drugiego nie ma. Wlaczam telefon – milion wiadomosci. Jedrek nie opuscil kraju. Problemy z pogoda i polaczeniem Waw-Fra. Super. Bedzie następnego dnia. Super. Ominie go tylko rejestracja. Super.
Wsiadam do samolotu. Wsrod pasazerow rozpoznaje Janeza i jego mame. Za chwile pojawia sie Valentin. Z początku odnosimy sie do siebie z lekka rezerwą:  co tam u mnie, jak lato, jak trening? A jak jego Denali, co slychac na granicy ukr-ros? Takie tam.
Pokazuje mi swój zegarek – 5 nad ranem z jakims hakiem.
– Bozeman’s time, we can sleep only until 8.
Hmm… 3h snu. Co robic przez pozostale 7???

Milion durnych filmow, dwa posilki, jedna Grenlandia pozniej… Denver. Potem juz bylo latwo – z Denver do Bozeman. Lądujemy o 20:40. Kanadyjczycu mieli nas odebrac, ale troche im nie wyszlo. Zamawiamy taksówkę. Radosnie wyskakujemy z 25 baksów.
Motel przypomina mi serial Lost room (polecam!) – każdy dobry horror sie wlasnie tak zaczynal. No nic, bierzemy klucz, idziemy spac.
Najdluzsza dobra w moim zyciu (32h!) dobiegla konca…

Czwartek
Pkt 1: rejestracja.

image

Fuck, zapomnialam licencji.
Fuck do kwadratu – dali nam jakiś milion papierow do wypelnienia. Ze nie chce zeby mnie ratowac, gdzie wyslac zwloki, ulubiona rodzinna area wspinaczkowa, znak zodiaku, cos o podatkach w ameryce. Dla hecy zapisuje sie na czasowki. Po zatwieniu swoich spraw dzwonie do Agi i ustalam telefonicznie co z Jedrekiem.
Zawsze lubilam rozmawiac po polsku ze 100%pewnoscia, ze moge mowic wszystko i nikt nie zrozumie. Ekhem. Prawie nikt.
Odkładam telefon i nagle słyszę za plecami:
– jak milo uslyszec Polski!
I tak poznalam Rafała Andronowskiego.

Pkt 2: ogladanie sciany.

image

– mamy do Was prosbe, nie umieszczajcie tylko tych zdjec w sieci, bo wiecie, tu jutro beda zawody i nie chcemy zeby zawodnicy widzieli drogi, dzieki!

Pkt 3: ogladanie miasta.
Bozeman to takie nasze Koluszki. Tylko klimat gorszy. Przejscie miasta w kazda strone zajmuje ok 2h. To może nawet nie Koluszki, może Zgierz? Stryków?

Pkt 4: odprawa techniczna i kolacja.

image

Lokalny organizator nie znajacy przepisow – cos nowego.

Wieczorem dociera do nas Jedrek. Krótko streszczam najważniejsse informacje i idziemy spac.

Piatek

Na panel idziemy razem. Eliminacje odbywają się flashem. Dwie drogi, wspólne dla kobiet i mężczyzn. Dziwne rozwiązania. Zostalismy podzieleni na dwie damsk grupy i dwie meskie. Moja grupa zaczyna od drogi eliminacyjnej nr 1. I tu miła niespodzianka dla mnie – top. Pierwszy w życiu.

image

Po kobietach startuja panowie – na „jedynce” grupa, w której znalezli sie Jędrek z Valentynem. Dla Panów droga jest zdecydowanie za łatwa – większość kończy bez problemu. Niestety Jędrek, dla którego był to debiut w Pucharze, spada dość nisko – jeszcze przed pierwszą wpinką. Po przejsciu pierwszej grupy meskiej nastepuje zamiana drog – Panie wracają na panel. Przychodzi moja kolej startu na drodze nr 2. Tym razem gorzej, spadam z chwytu w 2/3 drogi. Jędrek wspina sie lepiej niż na poprzedniej drodze. Czas mu sie kończy w tym samym miejscu, z ktorego ja spadlam.
Kobiece wyniki sprawdzam z ciekawosci (dziewczyn jest tak malo, że i tak wszystkie wejda do polfinalu). Ósme miejsce po eliminacjach. Jędrek 41. Wieczorem czekają mnie jeszcze czasówki.
I tutaj zrobie malą przerwe w relacji na wyrazenie wlasnej opinii.
Czasowki w moim mniemaniu to dziwny sport. Oczywiscie, doceniam wyniki i prace Polskich reprezentantow na tej plazczyznie. Do mnie po prostu jakos nie trafia. Ale. Czasowki na panelu czy w lodzie jeszcze jakos potrafie ogarnąć. Czasówki w Bozeman były dla mnie bardziej żartem niż czymkolwiek innym. Bieganie z fifkami po przerosnietym campusie. Jaja jak berety.
W swoim pierwszym „biegu” w życiu, treningowym, osiągnęłam zawrotne tempo 22sec. Tym bardziej cieszy mnie fakt że już w eliminacjach zeszlam do ok 14sec, a w ćwierćfinałach (!) do 10sec. Gdybym nie odpadla na drugiej drodze moglabym być piąta. Ale. Gdyby babcia miala wąsy – bylaby dziadkiem. Skonczylam ósma.

Sobota

Wstaje rano przed chlopakami. Ide do strefy. Polfinały rozgrywane standardowo – on sight. Prezentacja drogi, potem czekanie, rozgrzewka, czekanie… Aż wreszcie przychodzi moja kolej. Skupiam się na drodze. Pierwsze problemy pojawiają się przy trzecim chwycie. Chwyt z wstawioną metalową blaszką, z nawierconymi na kilka mm dziurkami. Odciąg. Nie jestem przekonana, ale z oddali dobiega mnie znajomy glos, że wszystko dobrze i zebym sie nie bała. Wyłączam myślenie, po prostu idę. Prawdziwe problemy pojawiają się przy pierwszym cruxie – kompletnie nie wiem jak się poskładać do ruchu. 4 min przewisiałam w tym miejscu probujac roznych rozwiazan. W koncu spadłam, bo ile można? Asekurant opuszcza mnie na ziemie, rozwiazuje sie, zabieram rzeczy. Oddech jeszcze się nie wyrównał, a juz przy mnie jest Pasha i Valentyn tlumacząc mi mój błąd. Cóż, następnym razem będę mądrzejsza.

image

image

Ostatecznie kończę na 10. miejscu. Dobry wynik na początek sezonu.
Valentyn dostaje sie do finalu, gdzie odpada na technicznym, bardzo trudnym ruchu. Kończy 6.

Niedziela

Dzień restowy i wycieczka do yellowstone. Były gorace źródła i bizony.

Poniedziałek

Dzień treningowy pod okiem kolegi ze wschodu. Duuuużo praktycznych informacji.

Epilog

Później były jeszcze drobne problemy z powrotem, jednodniowe opóźnienie i zgubiony bagaż. Ale całoksztalt wycieczki przedstawiał się niezwykle miło. Teraz tylko dużo pracy i z niecierpliwością czekam na kolejny pucharowy przystanek w Cheongsong.

image

Ps.wszysykie zdjęcia, poza klatką ze streamu, Patho Pix – dzięki!