Puchar Świata, cz 2 – Korea

Lubie ten moment, gdy samolot ustawia sie na pasie startowym i zaczyna przyspieszac. Chyba nawet bardziej niż sam start. Drugi moment, który lubię to przekroczenie pułapu chmur. I nagle świat staje się taki cichy, spokojny…
Tyle z sentymentalizmu i egzaltacji. Teraz konkrety.
Po powrocie z Bozeman, bogatsza o nową wiedze dotyczącą treningu – zaczęłam teorię przekuwać w praktykę. Nie odbyłoby się to bez pomocy Alexa, który musial mnie znosić ponad dwa tygodnie. W zamian katowałam go swoimi pomysłami na 2wiezach.

Piątek, świątek,niedziela – bez znaczenia. Tydzień składał się z dni treningowych i restowych. A treningi były ciężkie…

image

image

W końcu nadszedl dzien wylotu. Biedny Alex zostal w Warszawie z kartką szczegółowo rozpisanego planu na najbliższe trzy tygodnie.
Ja w tym czasie powalczę o to, co zawsze – być lepszą niż ostatnio.

przystanek 1 – Incheon
Hotel a la gleboka komuna. Sciany w tapetach, ktore kiedys byly biale, oklejone szafki, wejscie przez zaplecze kilku knajp, gdzie wali mokrym futrem (!) i starym olejem. Nocleg z 15-letnia mieszkanką Nepalu, ktora po angielsku mowi lepiej niz ruscy zawodnicy oraz z zawodniczką Hong Kongu, ktora zdążyła mnie wkuriwć włączając tv o 5 rano (pomijam kwestie mieszkania razem – co to za pomysl w ogole?!). Przed nami 4-godzinna podróż autokarem do Cheongsong.

przystanek 2 – hotel

image

Standardowe procedury: rejestracja, odbior pakietu startowego. BIP nr 91. Jaki rocznik – taki numer. Oby szczesliwy. Krótka odprawa techniczna i ceremonia otwarcia. Tańce, śpiewy,prezentacja flag. Patriotyzm sie we mnie odezwal – dumna mnie rozpiera na widok polskiej flagi. Po flagach było dużo pogadanek. Po zakonczeniu ceremonii – udalismy sie na kolacje. Z radoscia odkrylam, ze zarcie jest znosne i nie bede musiala czterech dni zyc na suplach. Dzien zakonczyl sie ogloszeniem list startowych. Startuje 7. Zaraz po mnie znalazla sie Emir, z którą mieszkam. Ciesze sie, bo to oznacza wspolne sniadanie, ten sam autobus (6:50, fuck!) oraz to, że po jej starcie mozemy przez kilka godzin odetchnac obserwujac pozostale zawodniczki. Obie liczymy na polfinaly. Czas pokaze…

przystanek 3 – Cheongsong, zawody

image

Mecze wygrywa sie w szatni, zawody w strefie. Ja swoje w tej strefie przerżnęłam. Najpierw nie moglam sie skupic. Pozniej okazalo sie, ze zapomnialam notatnika i nie mam gdzie narysowac szkic drogi. Podczas obserwacji urwal mi sie pasek od lornetki, w strefie zapomnialam prawie calą drogę, a przed wyjsciem padła mi psycha. Zamiast myslec o wspinaniu – balam sie. Ja wiem, ze człowiek zmeczony gorzej znosi stres. Ja wiem, ze jetlag, ze slabo spalam, mimo usilnych staran, ze nie mam lozka tylko cienki materac na podgrzewanej podlodze (temperatura jak w saunie). Ale. Zlej baletnicy…
Eliminacje. Wychodze. Skupiam sie na drodze (lepiej pozno niz wcale). Pierwsze dwa ruchy sztywne i…poszlo. Zaczynam isc jak trzeba: plynnie, precyzyjnie, jak na siebie – dosc szybko. Na luzie koncze mniej przewieszony panel, wchodze w wieksza przewieche: pierwszy chwyt, wpinka i daleki ruch w lewo. I nagle cos sie rozstroilo. Nogi juz nie stoja, slabo sie trzymam. W koncu siegam do chwytu i…
…przypomnialam sobie kandersteg, 5 lat temu. I to uczucie, tuz przed moim fantastycznym, kilkumetrowym locie w lodzie. Kiedy wiesz, ze dziaba jest chuj…wo wbita, a mimo to wierzysz, ze gdy wyciagniesz druga – jakims cudem utrzymasz…
…jestem bardziej niz pewna, ze w tej pozycji bedac nie utrzymam bujniecia. Mimo to zabieram dziabe z poprzedniego chwytu. Wszystko dzieje sie dokladnie tak, jak powinno, obraca mnie w lewo, lewa reka puszcza, nomic pikuje w dol, a ja za nim.
Nawet sie nie zmeczylam. Mialam ok 1,5min jeszcze. I nic. Idiotyzm, czysty idiotyzm.
W duchu wymyslam sobie od najgorszych przez następnych kilka godzin obserwujac dalszy przebieg eliminacji. Wchodze do polfinalu z poczuciem, ze nie powinnam byla. Ale. Eliminacj niewazne, wazne co dalej – nowe rozdanie, nowe możliwości! Jakze sie mylilam…

image

Strefa, 2h wegetacji. Wszyscy dosypiają. W koncu wolaja nas na obserwacje drogi. Ide. Ogladam. I kur… kompletnie nic nie widze. Nic. Nie umiem rozpoznac zadnego (!) chwytu. Troche pomaga mi Eimir (irlandka mieszkajaca w Korei od kilku lat, moja wspolokatorka). Bola mnie plecy, nawet sie nie rozgrzewam.
Startuje czwarta. Jakos szybko idzie dziewczynom przede mna. Za szybko. Po czasie i reakcji publicznosci domyslam sie, ze spadaja „z dojrzaloscia soczystego owocu”, jak mawiala jedna komentatorka.
Moja kolej. Mam deja vu. Dwa ruchy sztywne i znowu zaczyna grac. Tylko chwytow nie kojarze. Kazdy poznany brailem w boju. Ale jakos ide do gory. Nawet jak trudno, daleko, chwyt slaby… Ide! Panel mocno sie przewiesza. Siegam do podchwytu, zabieram dziabe z poprzedniego chwytu i… Amok. W ciagu jednej sekundy – przeraza mnie wlasna odwaga, ze tak daleko doszlam, dociera do mnie, ze sie trochę zbulowalam, kolejny ruch wyglada na trudny, wiec najlepiej jest… Sie poddac. Puszczam dziabe. Tak po prostu. Nie rozgina mnie, choc grzeje, ale ani nie probuje zrestowac, ani siegnac. Tak jakbym ducha walki zostawila w Bozeman.
Obserwuje kolejne zawodniczki i to, jak z kazdym startem moja pozycja sie pogarsza. To nie jest moj dzien od poczatku. Koncze 16. Trzy chwyty wiecej i weszlabym do finalu… Tak blisko, a tak daleko. Tak głupio.

image

Wieczorem poprawiam sobie humor impreza z organizatorami (impreza polsko-rusko-rumunsko-koreansko-portugalsko-szwajcarsko-holenderska) oraz dlugą Polakow rozmową (dziękuję!). Nie spalam od 27h. Czas odpoczac i przemyslec.