Ministrant

Ta ostatnia niedziela,
dzisiaj sie rozejdziemy…

Kiedy wyszlismy na gore – radosc mieszala sie ze zmeczeniem i satysfakcja. Udalo sie. W koncu sie udalo. Dwa lata pracy, sezonowe cotygodniowe sniadania na Ministrancie, dniowki robocze i wspinaczkowe i wreszcie padlo. Siedzielismy z Darkiem i Marcinem na gorze w euforii.
„Cos sie konczy cos sie zaczyna.”
***
Ten wpis mial byc opowiescia o jednej z najwiekszych przygod mojego zycia. Tego wpisu nie bedzie. Od naszego przejscia nie minely nawet dwa tygodnie, a juz zdazylam sie dowiedziec, ze pewniesmy drogi nie zrobili, ze uzurpuje sobie prawa do przejscia, ze bylam tylko „towarzyszaca”, ze chuje muje dzikie weze.
Postanowilam milczec.
Tego wpisu nie bedzie, bo to, co sie dzialo na Ministrancie – zostanie na Ministrancie.
Tego wpisu nie bedzie, bo zbyt wazne dla mnie (i nie tylko) sa te dni spedzone w gorze.
Ten wpis bedzie o innych, okolo ministranckich, sprawach.
***
Jak zostalam Borysem?

Borysem zostalam pewnego pieknego popoludnia podczas standardowej szychty drajciulowej. Juz nawet nie pamietam dokladnie dlaczego akurat Borys. Pamietam, ze w gruncie rzeczy chodzilo o to, ze chce mi sie wspinac. Ze chce mi sie trenowac, ze chce mi sie zapierdalac, ze mimo chlosty, jaka zbieram – dalej probuje. W skrocie – ze „mam jaja”, jak to okreslil autor mojego pseudonimu. „Nawet wieksze niz niejeden facet”.
W ten oto sposob otrzymalam pelnie praw wspinaczkowych, przynajmniej tutaj – na Podhalu. Pewnie ktos sie teraz zbulwersuje, ze „ale jak to? przeciez to nie zalezy od plci!”. Jasne, ze zalezy. Prosty przyklad: Jozek z Jadzka zrobili, dajmy na to, American Beauty VIII+ na Mnichu. Standardowe skojarzenie: Jozek przeciagnal Jadzke przez Mnicha.
Ja sie z tym podejsciem spotkalam w innym wymiarze. Dwa lata temu uslyszalam w skalach: „jak to? Kotlet sie wspina z baba???”. Ano wspina sie. A to dlatego, ze ta baba tez sie wspina.
Nie, nie jestem zadna feministka. Tylko podczas wspinania jestem przede wszystkim wspinaczem. Generalnie mam w dupie dom, rodzine, dzieci, gotowania, prania, srania. Mam w dupie, czy od treningu rozrosna sie mi plecy czy bicek. Chce sie wspinac i realizowac jakies tam swoje cele. Dlatego zasluzylam sobie na „Borysa”. Tu, na Podhalu juz malo kto uzywa mojego imienia. Wrecz dochodzi czasem do zabawnych rozmow:
– Z kim cisniesz w te skaly?
– Z Ola.
– Z jaka znowu Ola??? Aaa! Z Borysem?
Taki lajf. Tak wybralam.
***
Dlaczego Ministrant?

Dwa lata temu, gdy u gory istnial tylko jeden projekt – Marcin zapytal, czy nie przeszlabym sie z nim i Darkiem wyniesc sprzet. A sprzetu bylo w ciul. Nie wahajac sie ani chwili zgodzilam sie im pomoc. Przeszlam sie na gore z lina w plecaku tylko po to by poopalac sie caly dzien w sloncu na wierzcholku czekajac na chlopakow. Gdy Darek przenosil sie do Hiszpanii – Marcin zaproponowal mi wspolprace na Ministrancie. Przygotowalismy drugi projekt, aby moc sie czyms zajac „pod nieobecnosc” Darka. Minely dwa lata i dopiero na pierwszym wyjsciu w tym roku Marcin przyznal, ze wlasnie z powodu tamtego jednego wyjscia pomocniczego zaproponowal mi dalsza partycypacje. Czasem wystarczy byc soba, aby zostalo to docenione.
***
Reszta jest milczeniem…”

W ciagu ostatnich kilku dni pare osob zapytalo mnie, czemu nie odpowiem na te wszystkie wynaturzenia dotyczace przejscia Opetania.
W srodowisku wspinaczkowym funkcjonuje od wielu lat. W ciagu tych wielu lat nazbieralam sobie liczne grono adwersarzy w wyniku mowienia tego, co mysle. W wyniku bycia prawdziwym i mowienia na glos rzeczy, o ktorych szeptalo sie w kuluarach. Roznica jest taka, ze gdy kogos lub cos krytykowalam (nawet publiczenie) – zawsze robilam to podpisujac sie imieniem i nazwiskiem. Swoim. Kiedys faktycznie chcialabym prostowac i wyjasniac wszelkie niedopowiedzenia. W tej chwili – nie widze potrzeby dyskutowania z ludzmi, ktorych nie stac na to, aby podpisac sie pod wlasna opinia imieniem i nazwiskiem. Poza tym, jak mawia Kotlet: „robmy swoje”.
***
Swiat jest poza internetem

W ramach „robienia swojego” wstaje w tyg o 4:45 zeby jechac sie powspinac. Chlosta ostatnimi dniami jest niewyobrazalna, ale towarzystwo na szczescie lagodzi moje nerwowe humorki. Na „pocieszenie” i swietowanie 10-lecia swojego wspinania zrobilam wczoraj swoje pierwsze VI.3 os na Jurze. A jutro znowu pojde w gory z Kotletem. Robota czeka.