BMC

Stoje na stopniu wielkosci stopy. Jak dobrze pokombinuje to nawet dwie nogi zmieszcze. Teren pologi. Nad glowa dwa przeloty. Oba skladaki. Oba z najmniejszych gowien jakie posiadam. I juz wiem, ze jestem w dupie. Wyprztykalam sie.
Po pierwsze ze sprzetu.
Po drugie, co wazniejsze, z psychy.
I nic nie pomaga. Ani dyskusja z Goska, ze dalej latwo, ze tylko dwa ruchy i luz. Ani dyskusja z sama soba, ze przeciez nic sie nie dzieje, ze asekuracja spoko, ze do gleby daleko, ze urobilam ponad polowe drogi i szybciej i prosciej bedzie ja skonczyc.
Dupa. Kielbie we lbie i nic poza tym. Ani w gore, ani w dol. Z prawej widze jakies stanowisko. Do niego wiedzie przeurocza droga: przewieszone bloki skalne poprzelatane jakims zielskiem. Ni chuja.
W koncu podejmuje decyzje. Skoro nie do gory i nie w bok to znaczy, ze w dol. Diagnoza problemu bezbledna: do gory sie boje. Zalecone leczenie – jak zwykle: skoczyc. Pokonaj swoje leki. Likwiduje oba skladaki i ostrzegam Goske o moim zamiarze. Raz jeszcze ogladam przeloty pod soba. Wydaja sie pancerne. Zaczynam sie obnizac i mam deja vu: ni chuja. Psychicznie nie jestem w stanie. Juz nie. Rozum mi odjelo.
Poniewaz zapas fizyczny mam ogromny – wiekszosc drogi przewspinalam w dol. Ostatnie metry przehaczylam na camach zeby bylo szybciej. Wyszlo szydlo z worka.
Najbardziej zal mi bylo Goski, ktora ma checi, tylko co dzien cos ja ogranicza w tym wspinaniu. Dzis bylam to ja.
Poza mnostwem niecenzuralnych slow pod wlasnym adresem tylko jedna mysl mi przychodzi do glowy: „cholerna Hejszowina…” – zero przyjemnosci ze wspinania za to ogrom strachu.
Dzien jak co dzien. A dni tych bylo szesc.
***
Niedziela. Jura. Dzwoni telefon.
– Czesc, sluchaj, jest taka sprawa – nie chcialabys jechac na meeting BMC?
– Glupie pytanie, jasne, ze bym chciala.
– Bo jedno miejsce sie zwolnilo, bo Konrad nie moze jechac. Wszystko jest juz oplacone, tylko bilet na samolot trzeba kupic.
– A gdzie mam doleciec?
– Manchester albo Liverpool i autobusem do Manchesteru.
– Ooookej, a kiedy ten meeting?
– No….. w niedziele…
– W ktora niedziele?!
– Najblizsza…

Tydzien na wariackich papierach, telefony do Trenera, ze bede troche pozniej w Zako niz planowalam, telefony do Goski, zeby sie poznac i dogadac sprzet i transport, telefony do rodziny czy pozyczy pieniadze na samolot i kupi bilet, bo ja przeciez w lesie zyje i nie ogarne, telefony do Kierownika Kursu AKG, ze nie dam rady szkolic w niedziele.
Telefony, telefony, telefony.
Zanim sie obejrzalam siedzialam w Krakowie ogladajac swiat przez szybe samolotu i przygotowujac sie do odlotu.
***
Goche poznalam w Manchesterze. Znaczy, jak to w tym srodowisko, wiedzialam kto zacz, ale jakos zycie sie tak ukladalo, ze nigdy sie w skalach nie spotkalysmy. Kwestia geografii: ona Sokoly, ja Jura i Podhale. Kontakt zlapalysmy od razu i do konca wyjazdu bylo bardzo wesolo. Kolejna cudowna znajomosc.
Do Llanberis Angole przywiezli nas z Manchesteru busem. Grupka byla spora. Jakis Helmut, jakis Lopez, dwoch Japoncow, Lotysz, Litwin, Chorwaci, Slowency, mieszkaniec Indii (Indianin?). Slowem – przekroj przez swiat caly.
Atmosfera od poczatku super. Nocleg zorganizowany, posilki od sniadania do kolacji, wspinanie w ciagu dnia i prelekcje wieczorem. Czasami pogoda niedopisywala, ale biorac pod uwage standardy w Polnocnej Walii – i tak mialysmy duzo szczescia.
image

Wspinanie – dzien pierwszy
Kamieniolom lupka – dla glupka

Od razu przyznam sie bez bicia, ze nie zostalam fanka rejonu Slate. Nieczynny kamieniolom lupka, wyslizg wiekszy niz na Baderze w Rzedkach, asekuracja iluzoryczna, wspinanie, ktore glownie meczy lydy i psyche.
Jak na moj kompletny brak rozwspinania i trzy dni w tym roku w skalach to i tak niezle.
Na rozgrzewke cztery drogi: Seamstress, Seams the same, Solstice i Fool’s Gold. Wyceny nie warte wspomnienia, zwlaszcza ze nieadekwatne do znanej nam rzeczywistosci i skali Kurtyki/UIAA/francuskiej.
Po pierwszym dniu dopytuje sie u Becky, mojej opiekunki, o jakies rysy. Przerazenie w jej oczach mnie zaskakuje. Ze ona glownie po slabach, ze rys nie zna, ale cos wymysli.
image

Kolacja, prelekcja, lulu.

Wspinanie – dzien drugi
Tremadog, czyli tree-mad-rock

image

Wreszcie jakies naturalne skaly i jakies tarcie. Celem dnia jest droga The Neb z ewentualnym trzecim wyciagniem Neb direct, jesli poczuje spreza. Sprez w tym wypadku jest bardzo wskazany, bo direct to hand rysa: 2m dachu, 4m przewieszenia i 2m pologiego terenu. Generalnie okapik do przejscia. Jaja zaczynaja sie na podejsciu, gdyz wsrod drzew ciezko nam znalezc start. W koncu uznajemy z Becky, ze to „musi byc tu” i ze zdjecie pewnie slabe, ale mnie sie podoba i cisne. Pierwszy wyciag ladny, jakies zaciecie, jakas przeryska. Drugi to przeniesienie stanu przez krzaki. Nastepnie trzeci – 4m przewieszonej ryski, polka, druga przewieszona ryska i jest okap. Wahluje sie z pol godziny czy sie wbic czy nie. W koncu szkoda mi sajta i ide klasycznie pod okapem. Dzien konczymy na klasyku rejonu: one step in the clouds. Prowadze ponad 40-metrowy wyciag w banalnym terenie z banalna asekuracja (w gruncie rzeczy zakladam cztery przeloty…). Wracamy w chalupe. Dzien jak co dzien.
Kolacja, prelekcja i spac.

Dzien trzeci – troja na szynach
image

Dla mnie byl to kryzys. Wszystkiego.
Dla Goski poniekad tez, bo polaczono nas w trojkowy zespol.
To byl wlasnie ten dzien, gdy 35m weszlam do gory, 25m w dol, a 10m przehaczylam zeby wrocic na ziemie.

Dzien czwarty – rest
image

image

Deszcz, wycieczka do DMM, deszcz, odsypianie, deszcz, ksiazka, deszcz, odsypianie, deszcz, deszcz, deszcz…

Dzien piaty – (prze)rysowanie, Llanberis Pass
image

Wreszcie wstalam rano z checiami. Cos sie zmienilo. A moze sie po prostu rozruszalam? Na te ostatnie dwa dni moim opiekunem byl Paul. Zaproponowal wspinanie na przeleczy, jakies fajne rysy. Zaproponowalam jedna przeryse po drugiej stronie drogi. „A chetnie, chetnie.”
Pierwsza czesc dnia – rozgrzewkowa. Brant direct, Slape direct, Wind.
image

Na popoludnie zapowiedziane deszcze, wiec wrocilismy spod sciany do drogi, przeslismy na druga strone i zaczelismy podchodzic pod offwidth. Po 10 min okazalo sie, ze trafislimy na pierwszy crux – stoje po kostki w blocie.
– No! To teraz poznalas juz te slawne walijskie bagna! – smieje sie Paul. Pod skalami spotykamy Amerykanke. Wlasnie wrocila z tej przerysy. Pozycza zestaw camow (3x #6, 2x #5) odradza branie kasku, zyczy szczescia.
Drugim cruxem okazalo sie podejscie pod droge. Mokre pionowe trawniki sprawily ze omal nie wyladowalam na piargu 15m nizej. Po zastosowaniu wszystkich znanych mi technik (zeby w ziemie, rece w kepy trawy, nogi probujace wykopac stopnie) udalo sie dojsc pod ryse – Fear od infection.
image

Juz po pierwszych czterech metrach tetno wzroslo mi do okolo 180, jednak cala droga okazala sie zaskakujaco prosta. Nie byl to standard OW – 10cm w gore, 5cm w dol, tylko gielganie sie po 20cm z restami co 2m.
Do chalupy wrocilismy juz w deszczu. Jak sie pozniej okazalo ow deszcz (i drobny blad w przewodniku) mial znaczacy wplyw na rozwoj umiejetnosci lotniczych Gochy.
Wieczor uplynal nam przy piwie, papierosie i wymianie opinii co do drog w okolicy. Dla dobra wizerunku polskiego (kobiecego!) teamu – nie przytocze cytatow.

Dzien szosty – klifffffy
Nie wiem, skad sie wzielo to nasze szczescie, ze do najlepszego rejonu trafilysmy ostatniego dnia. Gogarth – szum morza, krzyk mew, piekna skala, slonce. Gocha cisnie. Ja nie jestem w stanie – wszystko mnie boli, a przede wszystkim kostka, ktora nadwyrezylam kilka dni wczesniej w Tremadogu. Udaje mi sie poprowadzic, w bolach, fifth avenue i to koniec.
Pod sciana spotykam Amerykanke. Patrzymy na siebie ze zrozumieniem. To ten rodzaj porozumienia, ktoremu nie potrzebne sa slowa – obie bylysmy wczoraj na Fear, obie dzis nie istniejemy.
Wieczorem impreza, ktora obie z Gocha odpuszczamy. Ona – bo nie w jej klimacie, ja – bo o 4 musze wstac zeby zdazyc na samolot. Meeting dobiegl konca.

Oczywiscie podroz powrotna nie mogla sie obyc bez komplikacji, spoznionego samolotu, spoznionej przesiadki itd. Ale – piwo i sernik na koszt Lufthansy we Frankfurcie tez mialo swoj urok. Poza tym – w ostatecznosci ja wrocilam do Krakowa w niedziele. Gocha impreze miala taka, ze w domu wyladowala po trzech dniach. Ta to pozyje.

***
Na koncu chcialabym podziekowac przede wszystkim:
Gosce, za cierpliwosc, za pogadanki, za smiech oraz za nauke jak sie powinno wspinac. Laska, jaja masz wieksze niz niejeden facet 😉 Szacun!
X-owi, PZA i BMC – za mozliwosc uczestniczenia w meetingu i rozszerzenie horyzontow, swiatopogladu oraz wspin w fajnym miejscu z doborowym towarzystwem.