Nie mogąc już patrzeć na deszcz na Podhalu postanowiłam jechać na północ tak długo, aż pogoda się nie poprawi. Koniec końców wylądowałam tam, gdzie zwykle – w Podlesicach. Na początku umówiłam się z Darią, której nie widziałam od Memoriału Skwira. Spędziłysmy cudne dwa dni wspinając się po łatwych drogach w Mirowie i na Łężcu (do VI.2 os). Bylo to własnie to, czego mi tak brakowało. Słońce, skały, wspin, babski team, spanie w lesie i długie Polek rozmowy 😉
Kolejne dwa dni to niedokonczona robota, czyli kurs z Edytą i Basią. Dużo się działo 😉 dziewczyny radzą sobie coraz lepiej. A we mnie odżyły wspomnienia mojego kursu i początków wspinania. Jak to ten czas leci…
Widoki z Wielkiego Błędu w dol. Kursantów:
Drugiego dnia zajęcia skończyłyśmy wcześniej ze względu na deszcz. Ostatnie pół godziny w skałach wykorzystałyśmy na dyskusje i zabawy w oknie Okiennika Rzędkowickiego.
Weekend spędziłam z ekipą Warszawską. Namówilam Alexa na wypad do Rzędek, gdzie chciałam się wstawić w to, po co przyjechałam – Gardinsztangę (VI.4). Droga padła w trzeciej próbie tego dnia. W sumie naliczyłam ok 8. prób przez trzy dni wstawek. Nie mam pojęcia czy HP czy GU, bo burdel z tymi stylami jak nie wiem ostatnio… Droga patentowana od dołu, przeloty osadzane na właściwym prowadzeniu z ręki 🙂 RP, 5. przejscie drogi, 1. kobiece. W tym miejscu chciabym bardzo podziękować: Koali za namowę i asekuracje pierwszego dnia Edycie za asekurację drugiego dnia Alexowi za asekurację, pościąganie przelotów i spokój podczas właściwej wstawki.
W tym sezonie pozostała do zrealizowania Cyfra. Prace trwały sobotnie popołudnie i całą niedzielę. Do tematu podchodzę optymistycznie 🙂 Dziś nastąpiło pożegnanie z latem i powrót na Podhale, gdzie pogoda dalej nie rozpieszcza. W nadchodzących dniach zapowiadane są deszcze i śnieg na Rysach. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. Tylko trochę szkoda tego słońca…
Dzien za dniem, sen za snem… lata nie ma. Przynajmniej nie na Podhalu. Prawie codzienne opady komplikuja wszystko – ani skaly, ani gory, ani wspinania, ani spacerow. Po ogarnieciu spraw zyciowych, przeprowadzce, kilkudniowym pobycie w Lodzi – wrocilam na poludnie. Mialo byc pieknie, a wyszlo jak zwykle.
W Drylandzie udalo nam sie z trenerem urwac calkowicie chwyt na drodze, nad ktora aktualnie pracujemy. Wniosek z tego taki, ze albo musimy schudnac, albo zrobilismy sie za silni. Wole nie wiedziec. Chwilowo wizyty w podziemiu zostaly wstrzymane ze wzgledu na psychiczne zmeczenie wizytujacych.
Kryzys pogodowo – drylandowy spowodowal wprowadzenie do mojego zycia nowej formy aktywnosci: drazek + zelazo pod jaja. Na razie progres zauwazylam tylko w poprawie sylwetki – talia osy w 5sek!
Po treningu przyszedl czas na upragnione spacery. Okazalo sie, ze podstawowa topografia Tatr Zachodnich jest mi kompletnie obca. Nie wiedzac, ktory szczyt to Malolaczniak – postanowilam na niego wejsc uznajac, ze to rozwiaze wszystkie moje dylematy. Pomysl dobry, choc nie zrealizowany. Zawrocilam pod Czerwonym Grzbietem umykajac przed burza. Dalej nie wiem, ktory to Malolaczniak, ale przynajmniej poszerzylam wiedze o Kazalnice Mietusia i Wielka Swistowke. Jaka szkoda, ze to rezerwat!
PS. W tak zwanym „miedzyczasie” wloczac sie z kocia rodzina po Polsce – zajrzalam (wreszcie!) na jure. Namowiona przez Koale – zaczelam prace rysownicze. Mam nadzieje, ze po weekendzie uda sie sfinalizowac pomysl. Na razie – lecze dlonie.
PS2. Zapomnialam o apdejcie niusow drylandowych o ostatnie przejscie trenera. Ze tak zacytuje: „W lipco-padowy, deszczowo-wilgotny 12 dzionek, w mrokach zakopiańskiej kuźni powstała nowa ciągowa propozycja o nazwie ARYMAN M13… „I ujrzałem Bestię wychodzącą z morza, mającą dziesięć rogów i siedem głów”… Nowy twór wiedze szczerym dachem, w którym należy pokonać w ciągu kilkanaście sytych, parametrycznych ruchów… „I ujrzałem Niewiastę pijaną krwią świętych”… Podczas przejścia nie korzystano z nieczystych sztuczek pt. czwórka i dziewiątka.”
„Give a little bit of your heart And I tell you what you want Give a little bit of your soul And I tell you what you need”
To był dobry dzień. A nie zapowiadało się…
Mój romans z Tołstojem się przedłużał i ani się spostrzegałam zrobiła się pora do wyjscia, a ja byłam w proszku. Mało, że ja byłam w proszku to mój sprzęt taże był. Nerwowe ogarnięcie materii wokół: poszukiwania zagubionej czołówki, zszycie dziurawych rękawiczek, pakowanie się… Na dole miałam być o 15:45. O 16 napisałam, że się spóźnię i nie mam światła. W trakcie drogi uświadamiałam sobie o czym jeszcze zapomniałam. Pośpiech zdecydowanie mi nie służy…
Gdzieś o 17 byliśmy na miejscu. Standard: rozgrzewka, dogrzewka i do roboty.
– już olej te łokcie – rotatory rozgrzej!
Nieważne, że przed chwilą to robiłam, nauczyłam się nie dyskutować z niektórymi zaleceniami.
– wbijasz się?
– no tak, pójdę się dogrzać
Chwilę powisiałam na dziabach i zaczęłam się szpeić: buty, lina, muza – od poprzedniego wieczoru zapadłam się w mrok Coph Ni, więc wybór padł właśnie na nią.
– zostawisz mi linę z nyży?
– oczywiście
Słuchawki do uszu, Call of the jackal sączy się w moją duszę przyjemnie, kilka oddechów i wbiłam się w drogę. Doszłam do pierwszego trudnego ruchu. Dynamiczne sięgnięcie do niewidocznego chwytu było od początku dla mnie loteryjne. Dwa wdechy i… Trafiłam bezbłędnie. Miłe zaskoczenie. Spokojny oddech i tętno, nie czuję żadnego zmęczenia, ale dla porządku chwilę restuję przed kolejnym długim ruchem. Znowu oddech i znowu precyjnie sięgam do chwytu. Nie wiem kiedy i jak, ale znalazłam się w nyży i dalej czuję się dobrze. „Zrobię wpinkę i się zobaczy”. Zrobiłam. „To może jeszcze ten jeden ruch? Głupio byłoby brać blok dla bloku”. Sięgnęłam, oparłam piętę i poczułam, że jest dobrze, że wszystko do siebie pasuje i składa się w całość. Po kolejnych kilku ruchach znalazłam się w miejscu, z którego w sobotę spadłam. Tylko tym razem cały czas czułam się w miarę świeża. Kolejne dwie wpinki – zostało już tyko stanowisko. Ekscytacja zaczęła uderzać do głowy. „Spokój, oddech, skup się”. Do stanowiska dochodzę na luzie. Wpinka, łapię linę – „blok”. I nie mogę uwierzyć. Jestem szczęśliwa, ale szczęsciem nie wynikającym z tego, że „wreszcie” (jak na Szatańskich), ani z cyfry. Jestem szczęśliwa, bo wspinało mi się lekko, płynnie, bez problemu. Nie było nerwowości, drgającej spazmatycznie łydy, okrzyków. Cisza, uśmiech, zadowolenie. Tydzień chłosty i kolejny wakacji zrobiły swoje.
Od ostatniego wpisu minął ponad miesiąc. Brak aktywności mógłby sugerować, że na Podhalu nic się nie dzieje. Nic bardziej mylnego.
W dzisiejszym wydaniu faktów podhalańskich przedstawimy następujace tematy:
Jak w ciągu jednego wieczoru zostać matką, babką i założyć rodzinę z kobietą?
Dlaczego mieszkanie na prowincji doprowadza mieszkańców tejze do rozdwojenia jaźni?
Jak skutecznie uniemożliwić sobie zrobienie konkretnej cyfry w skałach?
Opowiemy także o rozpoczętym sezonie na głupotę w górach, a na końcu poruszymy temat nowej patronki Obłazowej.
Zapraszamy!
Trzydziestka na gubałówce, czyli zakładanie rodziny w jeden wieczór
Dwie młode dziewczyny (chociaż jedna już nie tak młoda) wracając pewnego chłodnego wieczoru z Zakopanego szlakiem na Gubałówkę natknęly się na płaczące w trawie dziecko. Poruszone losem multikolorowego czworonoga – postanowiły zwierzę przygarnąć. Prawdopodobnie stan upojenia alkoholowego pomógł w podjęciu tej decyzji. Ilość procentów nie pozwoliła dziewczynom na właściwą ocenę sytuacji i już po kolejnych dwóch dniach okazało się, że świeżo adoptowane dziecko niedługo samo zostanie matką. Po dwóch tygodniach oczekiwania i trzygodzinnym porodzie trzyosobowa rodzina powiększyła się o kolejne trzy osobniki. Taki prezent na trzydziestkę. Wszystkie matki czują się dobrze. Czytelników ostrzegamy – uważajcie na to, co w trawie piszczy!
Mieszkanie na prowincji – w tym szaleństwie nie ma metody
Niestety wywiad, który chcieliśmy zrealizować z mieszkaną podhalańskiej prowincji nie doszedł do skutku, gdyż mieszkanka znazla się w szpitalu psychiatrycznym. Życzmy szybkiego powrotu do zdrowia i minimalnych trwałych uszkodzeń, a wszystkim czytelnikom radzimy: jeśli Twoi sąsiadzi nie kradną, nie biją, nie piją i nie traktują Cię jak prostytutkę – wiedz, że masz szczęscie, którego innym zabrakło!
Jak robić aby nie zrobić
Oczywiście nie może w naszych newsach zabraknąć informacji o wspinaczce. O tym, co robić, aby nie zrobić opowie z południowej Polski nasz specjalny korespondent, słuchamy!
Korespondent: No więc…hmm.. Robi się to tak: trzeba gdzieś zacząć, na przykład świetnym miejscem jest Jaroniec. Dla przyjezdnej osoby z jury – wręcz idealny. Przewieszenia, wytrzymałościowe drogi, ściski, krawądki… Czyli wszystko, co potrzebne aby dostać wpi…ol na dzień dobry. Kiedy już zaczynamy się powoli przyzwyajać i odhaczać kolejne drogi – przydaje się zmiana pogody. I to nie byle jaka zmiana, bo na lepsze (co tutaj, na Podhalu, jest rzadkością). Aby przetrwać jakoś kilka dni upałów – przenosimy się do doliny, której z nazywy lepiej nie wymieniać, bo lepiej kasę wydawać na koksy niż na mandaty. W każdym razie – charakter wspinania mający się nijak do Jarońca: bulderowe drogi po krawądkach. Po kolejnych kilku dniach należy porzucić prewisy na korzyść płyt. Gwarantuje to nam że przez następny okres dostatniemy właściwą chłostę, a nasz wykaz nie powiększy się o żadną drogę. W międzyczasie warto sobie zrobić jakąś kontuzję, na przykład goleni. Świetnie upraszcza głupie pomysły chodzenia w góry, „skoro w skałach ostatnio słabo”. Jeśli jednak ciągła zmiana miejsc i charakteru wspinania daje nam niewiele i co jakiś czas udaje nam się pokonać jakąś trudniejszą drogę wtedy należy sięgnąć po bardziej drastyczne środki i wybrać się do jaskinii Obłazowej. Obłe półki i wszystkie chwyty nie w tą stronę co trzeba zagwarantują nam odpowiednią chłostę na dłuższy czas i skutecznie uniemożliwią zrobienie jakiejkolwiek, nawet najprostszej drogi. I w ten sposób można się wspinać kilka dni w tygodniu, nie robiąc absolutnie NIC przez kilka tygodni. Genialne!
Za porady bardzo dziękujemy Korespondentowi.
Ps. Przelotne opady deszczu cały czas zapędzają naszego korespondenta pod ziemię. Dbając jednak o spójność przeżyc powierzchniowych z podziemnymi – tam też daje on regularnie ciała.
Zaczął się lipiec, mózg wyjechał na wakacje
Zapewne słyszeliscie o przypadku młodego chłopaka ze Śląska, który wybrał sie na Rysy, trochę pomylił drogę przy zejściu, wylądował na Słowacji, skąd trzeba było go ratować. Po uratowaniu młodzieniec zdążył udzielić już jednego wywiadu, w którym opisuje jak dzielnie czekał na ratowników wiedząc, że nie może zasnąć, gdyż mogłoby się to skończyć zamarznięciem. Słowacy zdążyli już podliczyć chłopaka za akcję. Chwila sławy kosztować go będzie 15tys euro. Ubezpieczenia brak.
Wiara i chłosta
Jaskinia Obłazowa doczekała się nowej patronki – Zawsze Dziewica Ola Wychłostana.
Patronka jest od spraw beznadziejnych, czyli jak spadać ze wszystkiego od VII- do IX. Wszelkie prósby i modły należy kierować do patronki w dniach: poniedziałek, środa, piątek w godzinach 21:30-21:45. W pierwszej kolejności rozpatrywane będą prośby poparte odpowiednimi datkami – najlepiej kocim żarciem i żwirkiem.
Na koniec naszych faktów podhalańskich chcielibyśmy podzielić się z czytelnikami złotą myślą ostatnich dni:
Pamiętam doskonale pierwszą wymagającą drogę. W przejście włożyłam dużo pracy: wstawanie w lipcu wcześnie rano, aby wykorzystać kilka godzin cienia, dbanie o partnera, aby chciało mu się cokolwiek o 7 rano, kilka rolek plastra aby choć trochę ochronić skórę na kostkach, kolanach, dłoniach i permanentnie odgnieciony bark…. Był rok 2010, Rzędkowice – Najtrudniejsza rysa świata (VI.3, a może i 2+?). Wtedy też pierwszy raz w życiu moje myśli nie mogły oderwac się od tego kawałka sciany. Co wieczór przed snem przypominałam sobie każdy ruch, chwyt, klin, oddech. Po świadomości przyszła czas na nieświadomość – rysa została głównym bohaterem moich kilku kolejnych snów. Nie powiem, sytuacja dość męcząca. Pogranicze fascynacji i obsesji. Gdy w końcu udało mi się ją poprowadzić radość z przejścia mieszała się z uczuciem ulgi. A potem nastąpiła pustka i już do końca sezonu żadna droga nie zagościła w moich myślach w taki sposób. Z czasem nauczyłam się, że jest to pozytywny stan pod warunkiem, że nie trwa za długo.
Kolejne dni na Podhalu dostarczają mi właśnie takich doznań. Ciągłe nienasycenie, ciągłe zauroczenie.
W zależności od pogody przeplatam lato z zimą.
Zaczęło się od Jarońca i drogi – Gdzie są dupy z tamtych lat (IX RP, 5. próba). Jeden dzień na rozpoznanie chwytów, wieczór spędzony na przejściu w myślach drogi kilka razy, prowadzenie następnego dnia, spokój.
Później przyszedł monsun i zepchnął mnie w otchłań Drylandu, gdzie w końcu udało się skończyć przygody z Szatańskimi ext. (M10, RP, bez 4/9)
Deszcze ustały, zamieniłam kalosze na sandałki i wróciłam na Jaroniec. Poznanie kolejnych dwóch dróg – Lazy boy (VIII+, RP 2. próba) oraz Inwazja Białych Myszek (IX-/IX, RP 8. próba). Pamiętam doskonale emocje, jakich mi dostarczyły – jedna poprawiła mi humor, a druga zdzieliła po pysku na odlew – w pierwszej próbie nie umiałam nawet wystartować… Wściekłość pomieszana z frustracją, słowem: chłosta. Ale zauroczenie niezmienne. Czasem nie musi być przyjemnie, żeby było przyjemnie.
Zaczęłam pracę nad kolejnymi dwiema drogami, ale znowu się rozpadalo. Grzesznie wrócilam do dziab. Pomysłów było kilka – wybór padł na White Pride (M10, RP, bez 4/9). I znowu – szybkie rozpoznanie, a dalej już walka o ostatnie dwa ruchy. Przygoda trwała jakieś 3 dni (coś około 10 prób) i kilka nocy. Drogę prowadziłam praktycznie co wieczór – w głowie. Myślę, że jakiś psycholog dorobiłby odpowiednią teorię do tego. W końcu wczoraj, po długiej walce, wpięłam się do łańcucha. Siłą woli, ale jednak. A baty po drodze dostałam nie małe. Było zgrzytanie rakami, rzucanie dziabami, wściekłość, katharsis, aż w końcu radość. Kalejdoskop uczuć.
Wspinanie ma tą piękną właściwość, że rozwija. Dostarcza dużo przyjemności i radości, ale uczy także pokory. Co jakiś czas chłosta się przydaje aby człowiek nabrał dystansu i nie popadł w jakis samozachwyt. Problem ze wspinaniem jest tylko jeden. Ciężko znależć w sercu miejsce na inną miłość, gdy ta pochłania Cię bez reszty.
A z drugiej strony – czy to aby na pewno jest „problem”?
To była miłość od pierwszego wejrzenia. Romans, który się zaczął z końcem marca i, w moim odczuciu, miał potrwać jakiś czas. Poznawaliśmy się powoli. Dane nam było spędzić razem raptem kilka dni, a póżniej nastąpiła brutalna miesięczna rozłąka.
Tęsknota rosła, dni mijały i w końcu wróciłam na południe. Ponowne spotkanie było zaskakujące – nagle zaczęlismy sie lepiej dogadywać. Ta nieobecność okazała się pozytywnym zdarzeniem. Do czasu. „Fortepian grał swoją partię, a skrzypce swoją i z tego wynikała sonata.”
Powoli romans stawał się męczący. Odkrywałam coraz mroczniejsze fragmenty. Te same słowa powtarzane po wielokroć. Chciałam to skończyć, jednak ciagle coś stawało na przeszkodzie. „Wiedzieliśmy to od początku…”
Wreszcie. W ciemności, w akompaniamencie lejącego się wodospadu – udało się. „…ale sonaty były takie piękne.”
Udało się, ale coś się zmieniło.
„Nie wiem jak wypowiedzieć to Zachwyciło mnie samo zło”
Szatańskie wersety extension – M10 RP
Z podziękowaniami dla M.
„Kurna, mysmy się wspinaly czy maraton przebiegly?! Masakrycznie bola mnie nogi”
– Idź się wysikać, a później zakładaj uprząż i czekamy na start.
– Ale jak to uprząż? A dojazd?
– No w uprzęży zapierdalasz! Potem nie będzie czasu na zakładanie.
– …
Rozgładam się wokół. Faktycznie – każdy z uczestników memoriału ma już ubraną uprząż, a część osób i ekspresy podopinane. Po raz kolejny dziękuję w duchu Darii, że ogarnia kwestie taktyczne.
– Dobra, to ja biegnę po kartę startową, Ty do rowerów i spotykamy się przed bramą.
– Oki.
– Tak sobie myślę, że może powinnyśmy zajrzeć w punktację, bo jeśliby zmienili jako taki psikus to może być słabo…
– No dobra, rzut okiem nie zaszkodzi, a będziemy spokojniejsze.
W lekko napiętej atmosferze uczestnicy wysłuchują wspomnień o Skwirze, informacji o przebiegu zawodów, przypomnienia najważniejszych punktów regulaminu. Tłum powoli przesuwa się w stronę płotu, gdzie wiszą karty startowe. Słyszę odliczanie, aż w końcu „start!” – ok 250 osób rusza biegiem w różne kierunki. Daria popędziła po kartę, ja zabieram rowery i na nią czekam. Widzę, że sprawdza punktacje, po czym biegnie do mnie.
– Łyse?
– Łyse!
Wsiadam na rower i pędzę. Standardowo – dobra kondycja, słaba psychika. Mijam ludzi na podjazdach, mijają mnie na zjazdach. Koniec końców w skały docieramy z Darią w niezłym tempie, chociaż nogi się pod nami uginają. Szybki rzut oka na drogi i ludzi pod skałą.
– Daria, tu! – rzucam plecak pod jakimś VI.1+
– Żartujesz?! Na rozgrzewkę?!
– Nie moja wina, że tylko to jest wolne…
Wbijam się w drogę. Do głowy przychodzi mi tylko jedna myśl: „chj…owo, ale bojowo”. Kończę drogę, zjeżdzam. Daria się szykuje. Obie jeszcze czujemy podjazdy. Wbija się w drogę. Chwile schodzi, ale robi. Obok zwalnia się VI.1. Daria wbija się od razu. W połowie drogi ma problemy – widzę, że jest zmęczona. „Nie jest dobrze…” myślę i w tym momencie Daria spada. Szlag. Bez pytania opuszczam ją na dół i się zmieniamy. Prowadzę, choć łatwo nie jest.
– Odpoczęłaś? Wędka, czy prowadzisz?
– Oczywiscie, że prowadzę!
Uśmiecham się widząc, że Daria odzyskuje siły. Drogę przechodzi na spokojnie.
– Przepraszam, czy mozemy się wbić przed wami na kancik? – zagaduję jakąś parkę obok. – 5 min i już nas nie ma
Chwilę patrzą po sobie.
– No ok…
– Dzięki! – odwracam się w stronę Darii – laska, mamy obok wolną drogę, więc ruchy!
Zjeżdża, wbija sie w kancik. Zgodnie z obietnicą – 5 min i lecimy dalej. Kontrolnie patrzę na zegarek. Szlag – 11:15. Trzy drogi i godzina. Magiczny plan zrobienia 30 dróg nagle się oddalił o lata świetlne.
Biegamy z Darią od drogi do drogi w zależności od tego, co jest wolne.
– Dobra, trzeba wbić się w te VI.2-ki – decyduje Daria. Mnie się ta koncepcja nie uśmiecha, bo poprzedno jak byłyśmy w skałach nie mialam sily przejsc trudnosci. No, ale cóż – wiem, że ma rację.
– Dziewczyny, kończycie już? – zagaduje zespół damski, który właśnie się tam wspina.
– Tak.
Czekamy aż droga się zwolni. Jedyny moment, w ktorym mozna się napić na spokojnie, czy zdjąć bluzę. Dziewczyny kończą, a ja z lekkim niepokojem wbijam się w drogę. W trudnościach zjeżdża mi noga. Plan 30 dróg coraz odleglejszy…
– Idziesz od razu jeszcze raz?
– Tak, dół.
Daria mnie opuszcza, wyciągamy line, wbijam się. Jakoś idzie, choć zdecydowanie wolno. Nie umiem się wspinać szybko on sightem. Trudno. Skupiam się na tym, żeby nie spasc. Stanowisko, dół, zmiana banana. Darii idzie znacznie lepiej. Od razu po skonczeniu wbija się w drogę obok. Powoli się rozkręcamy.
– chodź, obok jest takie VI.1, pojde i Ci przeflashuje.
Daria tłumaczy mi każdy ruch prowadząc. Jednak coś na górze jej nie idzie i po chwili widzę jak leci. Ciągnie po bloku resztę drogi do góry. Szlag. Muszę poprowadzić, bo inaczej któras z nas będzie musiala powtarzać.
– Oki, i z tej klamy sięgasz daleko w lewo do dziury!
– Do której dziury?
– Jak to „do której”?
– No bo są dwie obok siebie!
– Aż tak dobrze to nie pamiętam…
– I to ma być flash???
– Chyba do tej dalszej…
Sięgam do blizszej. Nie jest to klamka. Poprawiam do dalszej. Klamka.
– No, mówiłam, że do dalszej 🙂
– …
Dochodzę do stanowiska. Uff, mozemy jechac dalej.
– Daria,koniec z tymi trudnymi drogami. Teraz biegamy po wszystkim do VI. Idziemy na ilosc, jakość już była.
– Dokładnie tak.
Wreszcie wpadamy w dobry rytm. Bez zbędnej zwłoki robimy drogę za drogą. Udaje nam się przekonać kilka zespołów żeby nas wpuścily (dzięki!) i nawet nie czekamy zbyt długo w kolejkach.
– To co, teraz te z boku? Tam są dwie piątki.
Piątki owszem są, ale zajęte. Na VI.1+ wspina się Jacek z Jędrkiem.
– I jak ta droga?
– Całkiem ok, tylko dół po słabych chwytach.
Lepiej się wspinać niż stać.
– Spróbuję, ale jak coś pójdzie nie tak, to spadamy stąd… – mówię bez entuzjazmu. Nie tak miało być, ale co tam. Dół okazuje się znośny w porównaniu do rzadko obitej połogiej płyty u góry.
– No wiesz co… Teraz trawersuje w lewo… Lepiej żeby nie spadała, bo to nie wygląda dobrze… – dochodzi mnie z dołu głos taty, który opisuje Darii, co się dzieje.
Dochodzę do łańcucha, w dygotach zjeżdżam na dół.
– I jak tam? – pyta Daria
– Wieje grobem… Wędka… – wyrzucam z siebie już na ziemi.
Konćzymy tą drogę, robimy jakieś łatwe obok i przenosimy się na drugą stronę Łysych. Tam biegamy po okolicy robiąc, co tylko jest wolne.
– Kurde, nie widzę, gdzie sięgać – stoję przed jakąś bambułą i zaczynam się modlić, żeby Daria z dołu lepiej widziała chwyty.
– Tam w lewo masz chyba klamkę!
Siegam. Ni chu chu. Udaje mi się wrócić do poprzedniej pozycji.
– To nie była klamka!
– W prawo coś jest!
– Ja już znam te Twoje klamki… – nerwowo macam każdy cm ściany jaki mam w zasięgu. Ufff… Coś jest.
– Zapierdalaj do góry!
– Stopni szukam…
– Pod jajkami!
– O, dzieki.
Kolejne minuty. Zrobiła się 16:10.
– Słuchaj, biegniemy na Witkowe, ja tam mam zacykane dwie dobrze punktowane drogi, nie czekajmy tu! – proponuje Daria.
Zbieramy sie w pośpiechu. Docieramy pod drogi. Daria prowadzi tłumacząc mi każdy ruch.
– Wędkuj i jedziemy dalej!
Ubieram buty, a w międzyczasie…
– Patrz, co zrobiłam! – śmieje się Daria pokazując na końcówkę liny dyndającą przy trzeciej wpince. Cóż – odezwało się przyzwyczajenie. Ściąga linę do końca. Przynajmniej będzie bonus za dwa prowadzenia.
– Tu obok jest jeszcze takie VI.1, też Ci przeflashuje. – pada propozycja mojej partnerki. Wbija się w drogę – dół jest ok, na górze widzę, że zaczyna być bardzo zmęczona.
– Ola, następną drogę Ty prowadzisz, bo ja już jestem na odlotach! – dociera do mnie głos z góry.
– Oki, oki. Teraz się na tym skup – spokojnie i oddychaj! – staram się dodać sił, a w duchu zastanawiam się „jaką następną?! Przecież musimy wracać…”
Prowadzę po Darii, szybkie przewiązanie się i na dół.
– Dziewczyny, jest za dwadzieścia piąta – organizatorka przypomina nam o czasie.
– Chodż, tu jest taka łatwa rysa… – Daria prowadzi mnie pod kolejną drogę – wszystko Ci powiem.
– …
Zostajemy w skałach same. Coś czuję, że czeka nas ostre pedałowanie do remizy.
– Jedziemy tędy! – widzę jak Daria prowadzi mnie przez jakieś pole.
– Jesteś pewna?
– Tak!
Znowu dziękuję jej w duchu za ogarnięcie logistyki.
Do remizy docieramy 6min spóźnione. Straciłyśmy 6 pkt, a zyskałyśmy na rysie 15. Bilans ok.
– Przestań się śmiać! Dodawaj!
Leżę obok Darii i dodaje punkty, cyferki migają mi przed oczami poprawiając humor.
– Ile wyszło?
Nie umiem powstrzymać śmiechu.
– No mów!
– 675!
Darii udziela się moj smiech
– Ile???
– 675!
Na pudło wystarczyło 🙂
Krótka filmowa relacja, jak to było:
Podziękowania: Zespołom, które wpuszczały nas na drogi, wybaczcie, że nie pamiętam numerów i nazw! Dzięki raz jeszcze 🙂 Przemkowi, za pożyczenie rowerów i kolejną pamiątkę filmową 🙂 Darii, za jaja 🙂
Ps.
Sms: „bylybysmy 3 w zespolach mieszanych i 6 w meskich”
Sms: „no mówiłam ci że jaja mamy :)”
Sms: „ja wiem, a pod jajkami mam stopień :D”
Sms: „A jak miałam powiedzieć, pod cip… dziwnie brzmi :D”
– Jedziemy na ten miting? – Nie wiem, w sumie prognozy słabe… Ale zawsze coś się uda wspiąć. – Wiesz już co byś chciała robić?
Intuicyjnie ciągnęło mnie na czołówkę msw. Co prawda drogi trudne, brak doświadczenia zimowego oraz pierwsze wspólne wspinanie z Darią…
– A co sądzisz o Starku na czołówce msw? – Sprawdzę, sprawdzę. Albo może Szare Zacięcie?
Lekkie przerażenie i poczucie, że chyba przesadzamy. Ale. Jak spadać to z wysokiego konia.
– Też może być.
***
Jak zwykle plany sobie a rzeczywistosc sobie. Szpej pojechał na górę, czekam na Darię na dworcu. Za chwile okazuje się, że jeszcze jedna dziewczyna będzie z nami podchodzić. Z Palenicy startujemy około pierwszej w nocy. W dobrym towarzystwie czas szybko płynie – o 3 kładziemy się spać. – Pobudka o 6? … Nieśmiało proponuję późniejszą godzinę. – Ok, nastawiam na 7. Nie mam siły myśleć o podstawowych zasadach wspinania zimowego m. in. wczesnym wstawaniu. Śnię o śnie.
***
Rzeczywistość dalej nie współpracuje z nami i w ścianę wbijamy się o 10. Mam poczucie, że prosimy się o kłopoty. Prowadzę pierwszy wyciąg. Daria dopinguje z dołu. Jej uśmiech na twarzy dodaje mi odwagi – „jakoś poszło, Ośle, jakoś poszło”. Stanowisko zakladam w połowie wyciągu, po kobiecemu – bo tak. Bo dwa haki, bo psycha słaba, bo zimno, bobobo. Daria prowadzi pierwszy trudniejszy fragment. Nie moge wyjsc z podziwu nad jej techniką. Przednie zęby w jej rakach mają 2cm dlugosci i są okrągłe z każdej strony, a mimo to stoi wszędzie (!). Zaczynam myśleć, że wymówki dotyczące sprzętu są bardzo naciągne. Tempo mamy słabe. 1,5h a my dopiero na pierwszej półce. Dobrze, że droga krótka i, że zjazdy. Wbijam się w kolejny wyciąg. Z lata pamiętam, że był trudny. Dochodzę do zacięcia i zaczyna mnie grzać. Minuty się wleką, a ja nie jestem w stanie poskładać ruchów. Zaczynam przepraszać Darię za tempo z serii „serdeczna matko…” oraz za ewentualny lot, blok, czy cokolwiek. Nic się nie zmienia – slysze z dołu wesoły głos Darii „nic się nie przejmuj!”. Przypominam sobie jak ładnie przeszła dół i szkoda mi jej pracy. „Dupo blada, na puchary jezdzisz, drajciul uprawiasz, a siódemkowego terenu nie przejdziesz?!” – odzywa się moje alter ego. Z przykrością przyznaje mu racje i dźwigam dupę bladą do góry. Znowu jakoś się udało. Kolejny wyciąg Darii. Wielki duch w małym ciele – z każdą chwilą rośnie mój podziw dla niej. Stanowisko założyła pod okapem. Staram się poprawić tempo, dochodze do niej, mijam i ciagnę od razu kolejny fragment w lewo na półkę. Właściwie skończyłyśmy trudności. Właściwie zaczyna mi odcinać prąd. Kolejne dwa wyciągi prowadzi Daria. Staram się ją dopingować podczas gdy moje alter ego nie zostawia na mnie suchej nitki ochrzaniając za wybór drogi, deficyt snu, zbyt intensywne świętowanie urodzin i wszystkie inne głupoty ostatnich 24h. Gdy zapada zmrok znajdujemy się przy stanowisku z limbą. Wg schematu zostal nam jeden II-kowy wyciąg. Jakoś nie umiemy się odnaleźć. Seria telefonów do przyjaciół też niewiele nam daje. Po kilku próbach i kolejnych rozmowach podejmujemy decyzje o zjazdach z tego miejsca. W mojej głowie kiełkuje radosna myśl – cztery zjazdy i finito. Tak, myśl była bardzo radosna. Przez pierwszą godzinę.
„A miało być tak pięknie Miało nie wiać w oczy nam…”
Z czterech zjazdów wyszła epopeja narodowa – szumnie i dumnie. Trzy godziny później, zostawiwszy w ścianie obie liny i tonę sprzętu, pijemy z Darią herbatę pod ścianą. Jesteśmy zmęczone, ale zadowolone. O sprzęt się nie martwimy. Jakoś się ogarnie.
Najprzyjemniejsze we wspinaniu zimowym są, moim zdaniem, powroty. Widok światełek schroniska, dupozjazdy, myśl o kolacji. Humory nam dopisują, zsuwamy się w stronę stawu w akompaniamencie wspólnego śmiechu. Śmiech – mała rzecz a cieszy.
***
– Damian, a może Twoim marzeniem nie byłoby pójść jutro na szare? Wiesz, naprawde fajne wspinanie… – Dobra, dobra… „Jakoś się ogarnie.”
***
Są cztery osoby, którym chciałabym podziękować za ten jeden dzień. Damianowi, za pożyczone raki, odzyskane liny i sprzęt i dużo cennych porad Przemkowi, za herbatę, film, wsparcie i ciągłą wiarę w córkę i jej, czasem głupie, pomysły Edycie, za zorganizowanie spotkania oraz suche buty na zejsciu Darii, za uśmiech, za wspinanie, za fantazje