Puchar Świata cz. 4, 5, 6

Po Szwajcarii przyszedl czas na luz, blues i orzeszki. Jak to w zwyczaju europejskich zawodow. Dni i noce spedzone w Arco, Aoscie, jakies wspinanie, jakies zwiedzanie.
We Wloskim Iseo poprawilam swoj wynik zyciowy prowadząc droge milarepa D9+ w stylu flash. Potem odbyla sie proba na drodze Dry Girl D11- w tym samym stylu. Umarlam 3 wpinki przed stanowiskiem. Podbudowana chcialam kilka dni pozniej powtorzyc droge, ale brak jednego spita, ktory spadl na ziemie, pokrzyzowal moje plany. Jakos bardzo sie boje przed zawodami.
image

image

Byly takze mistrzostwa swiata w Rabensteinie (moglo byc lepiej), gdzie w polfinale skonczyla sie wydymka i byly takze zawody we Francji, gdzie zeslizgnelam sie z 2 chwytu w polfinalach.

image

Reasumujac – wyniki srednie na jeza. Po powrocie do Polski przytloczyla mnie papierkologia, ale dzieki tej papierkologii moge jezdzic i startowac. Cos za cos. Przez 2 tyg nie zrobiłam zadnego treningu. Ucieklam w gory leczyc nadszarpnietą psychę.
W Tatrach jak to w Tatrach – bylo pieknie, bylo strasznie. Zalezy gdzie i kiedy. Narty poukladaly mysli w glowie (Sadowa, Celi, Marcin, Doris – dzieki!), wspin, mimo iz zakonczony wycofem, tez dobrze zrobił (Kajman – droga czeka na nas!)
image

A potem, z paszportem w reku – wyjechalam w niepopularnym kierunku czyli na wschod.
Tydzien w Moskwie spedzilam u Paszy i Katji. Na treningach, poznawaniu Moskwy, nauce rosyjskiego i gotowaniu. Bylo wesolo, bylo ciezko, bylo dobrze. Ale jeden tydzien nie zrobi miszcza z kogos, kto „nie umie lezc”.
image

image

Przyszedl czas na Kirov.
Bardzo krotki czas.
Dwie drogi eliminacyjne – bardzo techniczne. Na obu wyjechaly mi dziaby. Z odciagow. Z bardzo chujowych odciagow. Drugi raz w tym sezonie nie wchodze do polfinalow.
Na pocieszenie zostaja mi Mistrzostwa Swiata w czasowkach, w ktorych w tym momencie jestem o lata swietlne lepsza niz w prowadzeniu. Ale czasowki sa proste. Machasz rekami i nogami a potem tylko skok do guzika zatrzymujacego stoper i wsio.
***
Siedze w Hotelu Sputnik w Kirovie. Na scianie odbywaja sie meskie elimimnacje. Za zimno zeby isc poogladac. Przez chwile jestem sama i to jest piekne. Przez chwilę jestem tylko ja, tylko tu, z moimi myslami. A mysli mnogo, moze nawet za mnogo. Jak to po kazdym nieudanym starcie – pierwej kryzys tozsamosci. Czy to na pewno ma sens? Moze mnie sie tylko wydaje, ze ma.
Ale kryzys powoli mija. Potem chwila oddechu i refleksji – jesli chcesz to robic, to musza nastapic jakies zmiany. Nawet calkiem duza zmiana.
A kiedy juz sobie uswiadomisz co i jak. Co chcesz osiagnac, nad czym musisz pracowac, ile Cie to bedzie kosztowac i czy na pewno warto i czy na pewno chcesz – gdy juz znasz odpowiedz na te pytania mozesz usiasc i po prostu pobyc ze soba przez chwile.
Czasem warto poglaskac sie po glowie, a nie tylko kopac w dupe.
Czasem warto podumac: hey, girl, you made it!
Szesc etapow Pucharu Swiata.
Cztery polfinaly.
10. Miejsce w Bozeman
Prawdopodobnie 15. W rankingu lead.
3 kontynenty.
No, i masz wize do USA na 10 lat 🙂

Czas na przerwe od dziab. Czas na kolejne marzenia. Ale teraz – cichosza!
image

Puchar Świata cz. 3 – Europa, Saas Fee

image

Z wielkim entuzjazmem myślałam o wyjezdzie na europejska czesc zawodow. Zadnego jetlagu, wlasne auto, nieograniczone mozliwosci, ponad trzy tygodnie bujania sie w doborowym towarzystwie. Rewelacja!
Nawet pakowanie szło mi lepiej (poza tym dłubanie w żelazie sprawia mi coraz wieksza radosc)

image

Saas Fee przywitalo mnie tak, jak w zeszlym roku – lekki mroz, słońce. Tylko tym razem nie byłam sama.

image

image

image

image

I na koniec: вот спортсмены

image

Teraz tylko czekac na formalnosci, listy startowe i same starty 🙂

po starcie

Dzień dobry – do widzenia.
Pierwszy raz zakoncze start na eliminacjach.
I w pizdu. Mam tydzien zeby sie wyleczyc.

Puchar Świata, cz 2 – Korea

Lubie ten moment, gdy samolot ustawia sie na pasie startowym i zaczyna przyspieszac. Chyba nawet bardziej niż sam start. Drugi moment, który lubię to przekroczenie pułapu chmur. I nagle świat staje się taki cichy, spokojny…
Tyle z sentymentalizmu i egzaltacji. Teraz konkrety.
Po powrocie z Bozeman, bogatsza o nową wiedze dotyczącą treningu – zaczęłam teorię przekuwać w praktykę. Nie odbyłoby się to bez pomocy Alexa, który musial mnie znosić ponad dwa tygodnie. W zamian katowałam go swoimi pomysłami na 2wiezach.

Piątek, świątek,niedziela – bez znaczenia. Tydzień składał się z dni treningowych i restowych. A treningi były ciężkie…

image

image

W końcu nadszedl dzien wylotu. Biedny Alex zostal w Warszawie z kartką szczegółowo rozpisanego planu na najbliższe trzy tygodnie.
Ja w tym czasie powalczę o to, co zawsze – być lepszą niż ostatnio.

przystanek 1 – Incheon
Hotel a la gleboka komuna. Sciany w tapetach, ktore kiedys byly biale, oklejone szafki, wejscie przez zaplecze kilku knajp, gdzie wali mokrym futrem (!) i starym olejem. Nocleg z 15-letnia mieszkanką Nepalu, ktora po angielsku mowi lepiej niz ruscy zawodnicy oraz z zawodniczką Hong Kongu, ktora zdążyła mnie wkuriwć włączając tv o 5 rano (pomijam kwestie mieszkania razem – co to za pomysl w ogole?!). Przed nami 4-godzinna podróż autokarem do Cheongsong.

przystanek 2 – hotel

image

Standardowe procedury: rejestracja, odbior pakietu startowego. BIP nr 91. Jaki rocznik – taki numer. Oby szczesliwy. Krótka odprawa techniczna i ceremonia otwarcia. Tańce, śpiewy,prezentacja flag. Patriotyzm sie we mnie odezwal – dumna mnie rozpiera na widok polskiej flagi. Po flagach było dużo pogadanek. Po zakonczeniu ceremonii – udalismy sie na kolacje. Z radoscia odkrylam, ze zarcie jest znosne i nie bede musiala czterech dni zyc na suplach. Dzien zakonczyl sie ogloszeniem list startowych. Startuje 7. Zaraz po mnie znalazla sie Emir, z którą mieszkam. Ciesze sie, bo to oznacza wspolne sniadanie, ten sam autobus (6:50, fuck!) oraz to, że po jej starcie mozemy przez kilka godzin odetchnac obserwujac pozostale zawodniczki. Obie liczymy na polfinaly. Czas pokaze…

przystanek 3 – Cheongsong, zawody

image

Mecze wygrywa sie w szatni, zawody w strefie. Ja swoje w tej strefie przerżnęłam. Najpierw nie moglam sie skupic. Pozniej okazalo sie, ze zapomnialam notatnika i nie mam gdzie narysowac szkic drogi. Podczas obserwacji urwal mi sie pasek od lornetki, w strefie zapomnialam prawie calą drogę, a przed wyjsciem padła mi psycha. Zamiast myslec o wspinaniu – balam sie. Ja wiem, ze człowiek zmeczony gorzej znosi stres. Ja wiem, ze jetlag, ze slabo spalam, mimo usilnych staran, ze nie mam lozka tylko cienki materac na podgrzewanej podlodze (temperatura jak w saunie). Ale. Zlej baletnicy…
Eliminacje. Wychodze. Skupiam sie na drodze (lepiej pozno niz wcale). Pierwsze dwa ruchy sztywne i…poszlo. Zaczynam isc jak trzeba: plynnie, precyzyjnie, jak na siebie – dosc szybko. Na luzie koncze mniej przewieszony panel, wchodze w wieksza przewieche: pierwszy chwyt, wpinka i daleki ruch w lewo. I nagle cos sie rozstroilo. Nogi juz nie stoja, slabo sie trzymam. W koncu siegam do chwytu i…
…przypomnialam sobie kandersteg, 5 lat temu. I to uczucie, tuz przed moim fantastycznym, kilkumetrowym locie w lodzie. Kiedy wiesz, ze dziaba jest chuj…wo wbita, a mimo to wierzysz, ze gdy wyciagniesz druga – jakims cudem utrzymasz…
…jestem bardziej niz pewna, ze w tej pozycji bedac nie utrzymam bujniecia. Mimo to zabieram dziabe z poprzedniego chwytu. Wszystko dzieje sie dokladnie tak, jak powinno, obraca mnie w lewo, lewa reka puszcza, nomic pikuje w dol, a ja za nim.
Nawet sie nie zmeczylam. Mialam ok 1,5min jeszcze. I nic. Idiotyzm, czysty idiotyzm.
W duchu wymyslam sobie od najgorszych przez następnych kilka godzin obserwujac dalszy przebieg eliminacji. Wchodze do polfinalu z poczuciem, ze nie powinnam byla. Ale. Eliminacj niewazne, wazne co dalej – nowe rozdanie, nowe możliwości! Jakze sie mylilam…

image

Strefa, 2h wegetacji. Wszyscy dosypiają. W koncu wolaja nas na obserwacje drogi. Ide. Ogladam. I kur… kompletnie nic nie widze. Nic. Nie umiem rozpoznac zadnego (!) chwytu. Troche pomaga mi Eimir (irlandka mieszkajaca w Korei od kilku lat, moja wspolokatorka). Bola mnie plecy, nawet sie nie rozgrzewam.
Startuje czwarta. Jakos szybko idzie dziewczynom przede mna. Za szybko. Po czasie i reakcji publicznosci domyslam sie, ze spadaja „z dojrzaloscia soczystego owocu”, jak mawiala jedna komentatorka.
Moja kolej. Mam deja vu. Dwa ruchy sztywne i znowu zaczyna grac. Tylko chwytow nie kojarze. Kazdy poznany brailem w boju. Ale jakos ide do gory. Nawet jak trudno, daleko, chwyt slaby… Ide! Panel mocno sie przewiesza. Siegam do podchwytu, zabieram dziabe z poprzedniego chwytu i… Amok. W ciagu jednej sekundy – przeraza mnie wlasna odwaga, ze tak daleko doszlam, dociera do mnie, ze sie trochę zbulowalam, kolejny ruch wyglada na trudny, wiec najlepiej jest… Sie poddac. Puszczam dziabe. Tak po prostu. Nie rozgina mnie, choc grzeje, ale ani nie probuje zrestowac, ani siegnac. Tak jakbym ducha walki zostawila w Bozeman.
Obserwuje kolejne zawodniczki i to, jak z kazdym startem moja pozycja sie pogarsza. To nie jest moj dzien od poczatku. Koncze 16. Trzy chwyty wiecej i weszlabym do finalu… Tak blisko, a tak daleko. Tak głupio.

image

Wieczorem poprawiam sobie humor impreza z organizatorami (impreza polsko-rusko-rumunsko-koreansko-portugalsko-szwajcarsko-holenderska) oraz dlugą Polakow rozmową (dziękuję!). Nie spalam od 27h. Czas odpoczac i przemyslec.

Puchar świata cz. 1 – Bozeman Ice Festival, USA

Informacja o włączeniu BIF do cyklu Pucharu Świata pojawiła sie w okolicach września.  Od tamtej pory intensywnie rozważałam wyjazd. W końcu gdzieś pod koniec października zapadła decyzja – nie jadę.
I tu wychodzi ze mnie blondynka. Bo ciągle się nie nauczyłam, że moje decyzje sobie, a życie sobie. W listopadzie dostałam telefon od chłopaków z KWW PZA, że jeśli mam jakieś zawody w 2014r to mogą dać mi kasę.
I znowu wrócił temat Bozeman. Tym razem było prościej. Decyzja zapadła w kilka godzin. I zaczęły się przygotowania…

Kolejne dwa tyg to bieganina po całej Polsce aby załatwić potrzebne formalności. Gdzieś po drodze był mandat za wspinanie, manewry dryboonkrowe, spotkania z rodziną w Łodzi. W końcu, 3 tyg przed festiwalem mialam wszystko. W tym miejscu chciałabym podziekowac mojemu tacie, Przemkowi, bo bez niego to wszystko po prostu by sie nie udalo.
Drugą osobą, ktora pomagala mi w tych dniach, glownie znoszac moje towarzystwo, humory i stresy, był Alex. Dzięki 😉

Tyle słowem wstepu. Jest 14:13, 17. Grudnia. Moje cztery litery znajduja sie gdzies pomiedzy Denver a Waszyngtonem. Tym razem wracam na wschód. Cofnijmy się zatem o kilka dni…

Środa, lotnisko we Frankfurcie
Czekam na lot do Denver. Teoretycznie umowilam sie tu z Jędrkiem i Valentinem. Teoretycznie, bo ani jednego ani drugiego nie ma. Wlaczam telefon – milion wiadomosci. Jedrek nie opuscil kraju. Problemy z pogoda i polaczeniem Waw-Fra. Super. Bedzie następnego dnia. Super. Ominie go tylko rejestracja. Super.
Wsiadam do samolotu. Wsrod pasazerow rozpoznaje Janeza i jego mame. Za chwile pojawia sie Valentin. Z początku odnosimy sie do siebie z lekka rezerwą:  co tam u mnie, jak lato, jak trening? A jak jego Denali, co slychac na granicy ukr-ros? Takie tam.
Pokazuje mi swój zegarek – 5 nad ranem z jakims hakiem.
– Bozeman’s time, we can sleep only until 8.
Hmm… 3h snu. Co robic przez pozostale 7???

Milion durnych filmow, dwa posilki, jedna Grenlandia pozniej… Denver. Potem juz bylo latwo – z Denver do Bozeman. Lądujemy o 20:40. Kanadyjczycu mieli nas odebrac, ale troche im nie wyszlo. Zamawiamy taksówkę. Radosnie wyskakujemy z 25 baksów.
Motel przypomina mi serial Lost room (polecam!) – każdy dobry horror sie wlasnie tak zaczynal. No nic, bierzemy klucz, idziemy spac.
Najdluzsza dobra w moim zyciu (32h!) dobiegla konca…

Czwartek
Pkt 1: rejestracja.

image

Fuck, zapomnialam licencji.
Fuck do kwadratu – dali nam jakiś milion papierow do wypelnienia. Ze nie chce zeby mnie ratowac, gdzie wyslac zwloki, ulubiona rodzinna area wspinaczkowa, znak zodiaku, cos o podatkach w ameryce. Dla hecy zapisuje sie na czasowki. Po zatwieniu swoich spraw dzwonie do Agi i ustalam telefonicznie co z Jedrekiem.
Zawsze lubilam rozmawiac po polsku ze 100%pewnoscia, ze moge mowic wszystko i nikt nie zrozumie. Ekhem. Prawie nikt.
Odkładam telefon i nagle słyszę za plecami:
– jak milo uslyszec Polski!
I tak poznalam Rafała Andronowskiego.

Pkt 2: ogladanie sciany.

image

– mamy do Was prosbe, nie umieszczajcie tylko tych zdjec w sieci, bo wiecie, tu jutro beda zawody i nie chcemy zeby zawodnicy widzieli drogi, dzieki!

Pkt 3: ogladanie miasta.
Bozeman to takie nasze Koluszki. Tylko klimat gorszy. Przejscie miasta w kazda strone zajmuje ok 2h. To może nawet nie Koluszki, może Zgierz? Stryków?

Pkt 4: odprawa techniczna i kolacja.

image

Lokalny organizator nie znajacy przepisow – cos nowego.

Wieczorem dociera do nas Jedrek. Krótko streszczam najważniejsse informacje i idziemy spac.

Piatek

Na panel idziemy razem. Eliminacje odbywają się flashem. Dwie drogi, wspólne dla kobiet i mężczyzn. Dziwne rozwiązania. Zostalismy podzieleni na dwie damsk grupy i dwie meskie. Moja grupa zaczyna od drogi eliminacyjnej nr 1. I tu miła niespodzianka dla mnie – top. Pierwszy w życiu.

image

Po kobietach startuja panowie – na „jedynce” grupa, w której znalezli sie Jędrek z Valentynem. Dla Panów droga jest zdecydowanie za łatwa – większość kończy bez problemu. Niestety Jędrek, dla którego był to debiut w Pucharze, spada dość nisko – jeszcze przed pierwszą wpinką. Po przejsciu pierwszej grupy meskiej nastepuje zamiana drog – Panie wracają na panel. Przychodzi moja kolej startu na drodze nr 2. Tym razem gorzej, spadam z chwytu w 2/3 drogi. Jędrek wspina sie lepiej niż na poprzedniej drodze. Czas mu sie kończy w tym samym miejscu, z ktorego ja spadlam.
Kobiece wyniki sprawdzam z ciekawosci (dziewczyn jest tak malo, że i tak wszystkie wejda do polfinalu). Ósme miejsce po eliminacjach. Jędrek 41. Wieczorem czekają mnie jeszcze czasówki.
I tutaj zrobie malą przerwe w relacji na wyrazenie wlasnej opinii.
Czasowki w moim mniemaniu to dziwny sport. Oczywiscie, doceniam wyniki i prace Polskich reprezentantow na tej plazczyznie. Do mnie po prostu jakos nie trafia. Ale. Czasowki na panelu czy w lodzie jeszcze jakos potrafie ogarnąć. Czasówki w Bozeman były dla mnie bardziej żartem niż czymkolwiek innym. Bieganie z fifkami po przerosnietym campusie. Jaja jak berety.
W swoim pierwszym „biegu” w życiu, treningowym, osiągnęłam zawrotne tempo 22sec. Tym bardziej cieszy mnie fakt że już w eliminacjach zeszlam do ok 14sec, a w ćwierćfinałach (!) do 10sec. Gdybym nie odpadla na drugiej drodze moglabym być piąta. Ale. Gdyby babcia miala wąsy – bylaby dziadkiem. Skonczylam ósma.

Sobota

Wstaje rano przed chlopakami. Ide do strefy. Polfinały rozgrywane standardowo – on sight. Prezentacja drogi, potem czekanie, rozgrzewka, czekanie… Aż wreszcie przychodzi moja kolej. Skupiam się na drodze. Pierwsze problemy pojawiają się przy trzecim chwycie. Chwyt z wstawioną metalową blaszką, z nawierconymi na kilka mm dziurkami. Odciąg. Nie jestem przekonana, ale z oddali dobiega mnie znajomy glos, że wszystko dobrze i zebym sie nie bała. Wyłączam myślenie, po prostu idę. Prawdziwe problemy pojawiają się przy pierwszym cruxie – kompletnie nie wiem jak się poskładać do ruchu. 4 min przewisiałam w tym miejscu probujac roznych rozwiazan. W koncu spadłam, bo ile można? Asekurant opuszcza mnie na ziemie, rozwiazuje sie, zabieram rzeczy. Oddech jeszcze się nie wyrównał, a juz przy mnie jest Pasha i Valentyn tlumacząc mi mój błąd. Cóż, następnym razem będę mądrzejsza.

image

image

Ostatecznie kończę na 10. miejscu. Dobry wynik na początek sezonu.
Valentyn dostaje sie do finalu, gdzie odpada na technicznym, bardzo trudnym ruchu. Kończy 6.

Niedziela

Dzień restowy i wycieczka do yellowstone. Były gorace źródła i bizony.

Poniedziałek

Dzień treningowy pod okiem kolegi ze wschodu. Duuuużo praktycznych informacji.

Epilog

Później były jeszcze drobne problemy z powrotem, jednodniowe opóźnienie i zgubiony bagaż. Ale całoksztalt wycieczki przedstawiał się niezwykle miło. Teraz tylko dużo pracy i z niecierpliwością czekam na kolejny pucharowy przystanek w Cheongsong.

image

Ps.wszysykie zdjęcia, poza klatką ze streamu, Patho Pix – dzięki!

Stary rok, nowy rok

Przychodza takie momenty w życiu człowieka, kiedy uświadamia sobie: żyje. Radośnie, tak jak chcę.
A za tą myślą idzie kolejna: nie byłoby to możliwe bez ludzi, którzy mnie wspierają. Ten wpis jest dla Was 🙂
Zacznijmy od Pań:

Daria

image

image

image

Za fantazję, za MAS, Szare, Staszla, za ciągnięcie wyciągów, gdy ja już siły nie miałam, za plany, marzenia, a przede wszystkim – za (u)śmiech – dziękuję! Wpierw rodzina, a później nasze szalone plany, pomysły i wszystko 🙂

Edyta

image

image

image

Jak to jest, że znamy sie od marca, a jakby całe życie? 😉
Siostro! Za dziecko, za wnuki, za wszelkie wariactwa, za imprezy na Podhalu, Kuźnie Mocy, tysiąc godzin na telefonie i drugie tyle w rzeczywistosci – dziekuje!
Mam nadzieje, ze w koncu uda nam sie powspinac w Tatrach 😉

Ewa

(Ze zdjeciami dupa blada… 🙁 )
Rodzona Siostra, Przyjaciolka z wyboru. Dziekuje, za ambicje, za sile, za to, że jestem tu, gdzie jestem, za to że byłaś zawsze.

Ponadto za ostatni rok dziekuje mojej mamie, babci i Domi – zawsze moglam na Was liczyc, niezaleznie od problemu, pory dnia j nocy i odleglosci, jaka nas dzieliła.

Jeśli zaś chodzi o Panów to jest taka trójka, dzięki której moje marzenia się spełniają. Tylko tyle, aż tyle.

Tata, Alex, Trener

MSW, Panowie.

image

image

image

image

image

image

image

Na koniec krótka foto-relacja z miniomego roku 🙂

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

image

Słowackie początki

Dokładnie rok temu, 15.11.2013, wystartowałam w swoich pierwszych w życiu zawodach drajtulowych. Bratysława, lezecka stena K2. Był to pewnego rodzaju punkt zwrotny w moim życiu: zaowocował kolejnymi startami zaczynając od Czech, przez wszystkie polskie imprezy, a kończąc na Pucharze Świata.

Tak się złożyło, że i tegoroczny sezon startowy zaczynałam zawodami na Słowacji. Podobieństw wiele – podobna ekipa z Polski: Przemek, Damian i ja (zabrakło tylko JJ), podobna ekipa Słowaków i Czechów, podobny termin. Ale życie zataczające kręgi byłoby nudne. Musiały więc wystąpić jakieś zmiany.

Drugie koło Pucharu Słowacji w drytoolingu odbywało się w Jalovskich Skalach, niedaleko miejscowości Handlova. 150km z Zakopanego początkowo wydawało się przyjemną perspektywą. Przyjemność ulotniła się, gdy gps zakomunikował: „do celu pozostało trzy godziny trzydzieści minut”. I znowu, dzięki zaangazowaniu mojego taty – nie musiałam się niczym przejmować. Półprzytomna wsiadłam do samochodu o 5 rano i po chwili umarłam. Zmartwychwstałam pod Handlovą podobnie zresztą jak Damian. O 8:30 dotarliśmy pod Chatę Poniklec, gdzie przywitał nas Bat’ky – jeden z organizatorów. Po dopełnieniu formalności i losowaniu numerów (ja – 1, Damian – 13) Słowacy zaproponowali nam przewiezienie pod rejon byśmy tam zaczekali na rozpoczecie imprezy. Za transport służył dostawczak, na pakę którego wsadzono dwie drewniane ławki. 20 min samochodem, 20 min piechtą i oczom naszym ukazały się Jalovske.

Na pierwszy rzut oka drogi eliminacyjne nie wzbudzały entuzjazmu. Nowy rejon w wapieniu = stuprocentowa kruszyzna i niepewne chwyty. Tak przynajmniej myslałam. Za to droga finałowa… Zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Właściwie cały dzień czekałam na to by się w nią wstawić.

Czas płynął, dostawczak co chwilę dowoził nowe ekipy. W końcu znajome twarze: Lućka, Maria, Radek, Juraj, Adi. Chlapów – mnóstwo, bab – standardowo: sześć. Z myślą o pewnym awansie do finałów przystąpiłam do eliminacji. Trzy drogi – jedna wędkowa, limit 8 minut na każdą, standardowe procedury: pierwsza wpinka bezpieczna, jak odpadniesz przed drugą możesz powtarzać. Losowanie kolejności startów: baba cislo jeden zaczyna!

Lui Viton drajtul stajl

Lui Viton drajtul stajl

Pierwsza droga, na oko M6: rysy, dziurki, jakieś przewieszenie. Lekkie dygoty jak zawsze na początku, ale spokojnie do stanowiska. Droga nr 2 – wymagający start, wymagający środek. Obserwowałam Lućkę – szła ostrożnie. Ostrożność kosztuje – czas skończył się przy 9 wpince na 12 możliwych. Poszłam po niej i wszystko zrozumiałam – trudny okap w pierwszej części, ryzykowne wyjścia nad wpinki w drugiej. Przyspieszyłam w łatwym terenie, ale nic już nie pomogło. Czas skończył się przy 7. wpince. Trzecia droga, pokonywana na wędkę, była tylko formalnością. Po eliminacjach byłam druga, dwie wpinki za Czeszką.

jalovske skaly

jalovske skaly

jalovske skaly

jalovske skaly

U Damiana sytuacja z początku wyglądala gorzej. Na pierwszej drodze odpadł pokonując okap (mniej więcej w połowie drogi) – wyjazd nóg i dziaby wypadły z czujnego chwytu. Druga droga i wyraźna poprawa – pewnie dochodzi do stanowiska. Trzecia droga stanowiła wyzwanie z trzech powodów: długości (limit czasu został zwiększony do 10min), 4m połogiego terenu porośniętego grubą warstwą mchów i paparoci oraz stanowiska, niewidocznego z ostatniej wpinki (zdarzały się przypadki skończenia drogi w tym miejscu). Damian pokazał jednak klasę i spokojnie skończył drogę mieszcząc się w czasie. Pozostało czekać na wyniki.

Damian na drugiej drodze

Damian na drugiej drodze

Eliminacje męskie zdawały się trwać w nieskończoność. W końcu, około godziny 15:30 ogłoszono wyniki – oboje z Damianem awansowaliśmy do finałów.

Droga finałowa wyglądała przepięknie: drewniana belka na starcie, pasaż w dużym przewieszeniu z niezbyt długimi ruchami, jeden długi ruch w pionie, przejście przez wiszący klocek na panel przymocowany do drzewa i 4m po paździerzu do góry. Ponieważ ten etap miał sie odbywać flashem – na ochotnika do przejścia pokazowego zgłosił się Radek (Czechy), który nie awansował do finałów. Drogę pokonał spokojnie (chociaż w przewidywanym limicie 8 minut się nie zmieścił). Rozpoczał się damski finał.

Przyznam się, że nazwisk pierwszych dwóch dziewczyn startujących nie pamiętam – Czeszki w każdym razie. Widać było, że dziewczyny swoją przygodę z drajtulem dopiero zaczynają. Mimo to – poszło im całkiem nieźle, chociaż żadna z nich nie wychyliła sie poza pierwszą (zrobioną) wpinkę. Następnie startowała Maria. Progres wzlęgem ubiegłego roku byl widoczny. Zrobiła bodajże cztery wpinki. Po Marii przyszła moja kolej:

Ostatnia startowała Lućka, która podeszła do tematu na dużym luzie. Uprzyjemniając sobie wspinanie dyskusjami sama ze sobą – doszła do wiszacego chwytu (koniec czasu) i tam skonczyl sie czas. Za zgoda organizatorów Czeszka jednak kontynuowala wspinanie i droge skonczyla. „Tak dla odmiany” zajęła pierwsze miejsce 😉

Z męskiego finału, poza Damianem, pamiętam tylko jednego kolegę, który poza startową belką – całą drogę pokonał bez pomocy 4/9 a do panelu dochodził w imponującym szpagacie rozstawiając się pomiędzy skałą a drzewem (wcale tak blisko nie było).

Start Damiana wstępnie wyglądał chaotycznie, ale w tym szaleństwie była metoda – doszedł do pierwszego chwytu na panelu i tam skończył się mu czas. Szkoda tylko że w ferworze walki kopnał nogą w drzewo poniżej ograniczającej kreski i sędziowie nie uznali mu ostatniego chwytu i wpinki. Mimo tego wszystkie znaki na niebie i ziemii wskazywały na to, że do Polski przywieziemy dwa pudła: moje drugie miejsce i Damiana trzecie.

Po finałach udaliśmy się naszym transportem do Chaty. Musze przyznać, że podróż w towarzystwie Czechów była niezapomnianym przeżyciem. Mało który naród potrafi się tak bawić.

Będzie! Będzie zabawa! Będzie się działo!

Będzie! Będzie zabawa!
Będzie się działo!

W tym momencie powinnam skończyć tą relację, gdyż dalszy rozwój wypadków do tej pory wprowadza mnie w stan zaskoczenia i  zniesmaczenia.

Dekoracja zawodniczek przebiegla jeszcze normalnie, natomiast przy męskim podium stało się coś dziwnego. Jeden z zawodników, awansowanych do finałów, zauważył (rychło w czas), że sędziowie zaliczyli mu jedną wpinkę więcej niż powinni. Za wycofanie się z klasyfikacji finałowej dostał nagrodę fair play. Wszystko cacy. ALE. Na jego miejscu, na kompletnie dla mnie niezrozumiałej podstawie, sędziowie awansowali Radka uznając mu przejście pokazowe jako wyniki fianłów. Radek po eliminacjach był na jakimś 13 czy 14 miejscu, a nie pierwszy pod kreską. Nie wiem, nie rozumiem, nie zrozumiem. W efekcie Damian spadł o oczko niżej i zawody skończył na czwartej pozycji.

Atmosfera się lekko zagęściła. Rozładowali ją zwyciężcy, którzy zaczeli przeglądać swoje nagrody. Pierwszy raz zaczęłam się cieszyć z drugiego miejsca, gdyż nagrodą główną było…

tamagotchi!

Plus milion jakiś drobiazgów. Nie, żeby drugie miejsce przedstawiało się lepiej…

Górny rzad: karabinek, chusteczki do czyszczenia monitora, taśma, krem na oparzenia Dolny rząd od lewej: podkładka pod mysz, kawa jednorazowa, ogrzewacz, wizytownik, koszulka W tle: dmuchana poduszka podrózna z poszewką

Górny rząd od lewej: karabinek, chusteczki do czyszczenia monitora, taśma, krem na oparzenia
Dolny rząd od lewej: podkładka pod mysz, kawa jednorazowa, ogrzewacz, wizytownik, koszulka
W tle: dmuchana poduszka podrózna z poszewką

Po wypiciu dwóch Kozłów, poplotkowaniu i przedyskutowaniu wszystkich bieżących spraw – zapakowaliśmy się do auta. Doba kierowcy zaczęła się o 4:00 a zamknęła o północy. Ten to ma przerąbane… 😉

Za miłe towarzystwo i doping DZIĘKUJĘ

podium bab

podium bab

Výsledky:

Muži (body vo finálovej ceste):

1. Otakar Srovnal 32b

2. Radek Lienerth 32b

3. Michal Daniel 28b

4. Damian Granowski 26,5b

 

Ženy (body vo finálovej ceste):

1. Lucie Hrozová 26,5b

2. Olga Kosek 22b

3. Mária Šoltésová 16b

4. Eva Bláhová 12b

5. Jana Grimová 10b

Relacja Słowaków

Rakobuty made in Poland

image

Wspinanie drytoolowe to sport narzędziowy, co oznacza, że wyniki są związane bezpośrednio ze sprzętem jakiego używasz. O ile kwestia dziab jest prosta do ogarnięcia w tym kraju (choć kosztowna) o tyle sprawa butów już nie. Standardowe rakobuty mają wiele zalet: wygodne, ciepłe, dobrze trzymają piętę. Niestety mają też dwie duże wady:
– cenę
– nieobecność na rodzimym rynku.
Ta druga cecha sprawia, że szczęśliwych posiadaczy firmowych rakobutów w Polsce można policzyć na palcach obu dłoni.
Żyjąc w kraju trzeciego świata, gdzie producentom sprzętu wspinaczkowego „nie opłaca się” dystrybucja rakobutów, gdyż rynek zbytu jest niewielki, trzeba sobie jakoś radzić.
Wychodząc naprzeciw potrzebom drytoolowców Rzeszowska Kuźnia Szpeju zaczęła produkować raczki (wyrób artystyczny!), które były podstawą do stworzenia rakobutów z serii: home edition. Pierwsze raczki zamówiłam jakoś w listopadzie 2013r.

image
Wymiana starego na nowe, raczki ozdobne, Kuźnia Szpeju, fot. Borys

image
Model 2014 – raczki ozdobne, Kuźnia Szpeju, fot. Borys

Postanowiłam przerobić samodzielnie swoje stare buty wspinaczkowe. W doborowym towarzystwie i przy akompaniamencie odpowiednich trunków powstały moje pierwsze rakobuty – zbyt słabo usztywnione matą szklaną, całkowicie nieocieplane, ale lekkie. Zmiana z butów skórzanych z rakami na moje home-made była niewyobrażalna. Z tym zestawem pojechałam na pierwsze zawody panelowe: do Bratysławy i Brna.
Różnica między wspinaniem w ogródkach drytoolowych a sztuczną ścianą polega głównie na stopniach. W skałach są to dziurki, w ktore wstawiamy pierwszego zęba, na ścianie jest to panel w który się kopie. W związku z tym po powrocie z zawodów zadzwoniłam do Janka Mondzelewskiego i jeszcze przed Pucharem przygotował mi specjalną parę zębów „zawodowych” – cieńszych na końcu. Wchodziły w drewno jak w masło.

image
Zęby zawodowe, Kuźnia Szpeju, fot. Borys

Okazało się jednak, że moje nie-do-końca sztywne buty pozostawiają wiele do życzenia, co Makar ujął zgrabnie w smsie, którego dostałam po eliminacjach w Saas Fee: „gratuluję!!! Masz kompletnie chuj…we buty!”.
W międczasie kiedy ja walczyłam na arenie międzynarodowej rozwiązanie problemu rakobutów w kraju ewoluowało. Michał Piątek, znany z krakowskiej firmy M5, zaczął profesjonalnie usztywniać buty pod raki. Jedne z pierwszych takich par otrzymałam najpierw na kredyt, a później w prezencie, od Krzyśka Żukowskiego. Wyposażona w taki szpej pojechałam na ostatnie zawody PŚ do Rosji. Rakobuty spisały się fantastycznie. Przewspinałam w nich później kilka intensywnych drylandowych miesięcy i do tej pory jestem zachwycona.

image
Rakobut usztywniany węglem, M5 + Kuźnia Szpeju, fot. Krzysiek

Z perspektywy czasu i doświadczeń (a przerobiłam każdy możliwy zestaw: od skorup z rakami z płaskimi zębami, przez firmowe rakobuty aż do zestawy M5 + RKS) muszę przyznać, że nasz domowy produkt jest rewelacyjny. Jedyną jego wadą jest brak ocieplenia, ale myślę, że i ta niedogodność zostanie niedlugo rozwiązana. Z drugiej strony nie jest to tak wielki problem. Tak samo jak buty letnie – zakładam je przed drogą i zdejmuje po zakończonym wspinaniu. Tych kilka (-naście) minut spokojnie można w nich wytrzymać.

image
Buciki, fot. Borys

Rakobuty made in Poland posiadają jeszcze jedną zaletę, według mnie dość istotną – nasi producenci cały czas się rozwijają i słuchają klientów. Chcesz mieć taką a nie inną piętę? – Michał to załatwi, boczne zęby krótsze i asymetryczne? – Janek właśnie stworzył nowy model raczków. A do tego całość zamyka się w przyzwoitej cenie 310zł (raczki 110, usztywnienie włóknem węglowym 200) + buty.

image
A zima coraz bliżej…, fot. Borys

Do niektórych dróg trzeba dorosnąć… vol. 1

Kilka lat temu, wspinając się na Kołoczku w Podlesicach, widziałam chłopaka, który sapiąc walczył na jakiejś dziwacznej drodze. Przewieszona komino-przerysa, raptem kilka metrow, ale wyglądała kosmicznie, Po kilkunastu minutach chłopak wygramolił się na półkę kończącą trudności i dysząc jak parowóz wyrzucił z siebie:
– O ja pier…ę, (pięć wdechów i wydechów), ku… mać, (pieć wdechów i wydechów), nigdy więcej…
Droga nazywała się Komin Gwoździa – „najtrudniejsze VI+ na wschód od oceanu”.
Później widziałam jeszcze kilka jego przejść (w tym os Flowera). Wszystkie miały jedną cechę wspólną – każdy wspinacz, który wyszedł na pólkę zachowywał się podobnie i podobnymi słowami wyrażał (względną) radość z załojenia.
Będąc na etapie zafascynowania przerysami ze dwa lata temu powiesiłam tam wędkę, żeby sprawdzić na własnej skórze z czym to się je. Komin, jak wiekszość przerys charakteryzował się jedną cechą: z niego się nie spadało – na nim się umierało.

Dwa tygodnie temu odwiedziłam jurę. Plan był czysto sportowy – poprawa rp. Niestety półtorej miesiąca bez wspinania letniego dało się we znaki. W tym miejscu chciałabym zaznaczyć iż nieprawdą jest, że tak stoisz jak się trzymasz 😉 Trzymało się super. Tylko te stopnie jakieś małe… I buty ciasne…
W związku z tym będąc w sobotę w Podlesicach zaczelam rozważać powrót na Komin. Chodziłam pod drogą, oglądałam, żołądek się ściskał, wycieczka w krzaki, znowu pod drogę i tak przez pół godziny.
– To co, wstawiasz się? – pyta Kamila
– No… W sumie… Chyba…
– Ale na wędkę?
– Nie, pójdę z dołem od razu.
– Jesteś pewna???
… Oczywiście, że nie jestem. Ale tego na głos nie powiem.
– Spróbuję.
Przegląd sprzętu. W oczy rzuca się brak hexów. Trudno, trzeba sobie radzić. Wiążę się do liny i ruszam na spotkanie z przygodą. Dolny odcinek zaskakująco prosty. Restuję pod właściwym kominem. „Raz kozie śmierć” i wbijam się w trudności. O dziwo – jakoś się idzie. Dochodzę do zwężenia gdzie komin zamienia się w typową przerysę, zakładam frienda i… koniec pomysłów. Kombinuje, wierce się, przesuwam 10cm w górę i za chwilę 10cm w dół. Do półki mam pół metram i kompletną dziurę w głowie. Jedyny pozytyw jest taki, że od włóczenia się po Tatrach wzrosła wytrzymałość – na luzie schodzę na ziemię. Podejście pierwsze zakończone fiaskiem.
Pół godziny później wydaje mi się, że coś wymyslilam. Zabawa od nowa: dolny komin, trzy wdechy, górny komin do przerysy. Tłumek pod drogą z zainteresowaniem patrzy co się dalej będzie działo. Ku ogólnemu rozczarowaniu – działo się niewiele. Lina przyblokowana nogą, trochę szarpaniny, jakieś smentne próby. 30cm do góry i prawie spadłam. Grzecznie znowu schodzę na dół. Mija czas…
Kręcę się po skałach w poszukiwiu hexa. Friend w wapieniu nie budzi wystarczającego zaufania we mnie. W koncu udaje mi się znaleźć ekipę, która pożycza brakujący sprzęt. Zadowolona próbuję się przekonać, że z taką asekuracją mogę walczyć do końca.
Akt trzeci. Wbijam się drogę, wymieniam frienda na hexa i próbuję wyjść. Zainspirowana filmami ze stanów testuję nowe kliny: dwie ręce razem. Ni chu chu. Prawie spadam. Schodzę na półeczkę między kominami.
– Dobra, albo umrę, albo polecę….
– Okeeeej – Kamila wykazuje ogromną cierpliwosć w asekurowaniu. Po chwili dociera do mnie, że pominęłam jedną możliwość.
– No… Albo zrobię…
Wchodzę w trudności. Wychylam się z komina i wrzucam nogę nad głowę. Cześć i chwała amerykańskim filmom. Ciągnę z nogi mozolnie przesuwając się o centymetry i… Ręka trafia na klamkę. „Jak dobrze!”, ale entuzjazm szybko mija. W nienaturalnej pozycji nie moge długo uwisieć, łapią mnie skurcze, a oczami wyobraźni widzę w ilu miejscach złamię nogę jak spadnę. Ta myśl okazuje się budująca. Walcząc o każdy centymetr powoli wychodzę na półkę. Kiedy na niej siadam czuję ulgę. Dyszenie poprzecinane słowami powszechnie uznanymi za wulgarne. Rozumiem wszystkich, którzy tu doszli. Nawet nie mam siły się cieszyć. Pilnuję tylko żeby nie spaść z łatwej góry. Stanowisko. Wreszcie.

Są takie drogi, których zrobienie nie cieszy. Cieszy myśl, że już robić nie musisz.
Komin Gwoździa VI.2+ HP RP, 1. Kobiece przejście, Tata, Podlesice

Ps. Dziękuję Kamili za wytrwałość, Pawłowi za sprzęt i wiarę w epilog, podczas gdy dla mnie była to tylko kolejna próba 😉 oraz ekipie spod Dziewicy za brakującego hexa. Wszystkie mięśnie bolały mnie przez trzy dni 😉

Wakacje jurajskie

Nie mogąc już patrzeć na deszcz na Podhalu postanowiłam jechać na północ tak długo, aż pogoda się nie poprawi. Koniec końców wylądowałam tam, gdzie zwykle – w Podlesicach. Na początku umówiłam się z Darią, której nie widziałam od Memoriału Skwira. Spędziłysmy cudne dwa dni wspinając się po łatwych drogach w Mirowie i na Łężcu (do VI.2 os). Bylo to własnie to, czego mi tak brakowało. Słońce, skały, wspin, babski team, spanie w lesie i długie Polek rozmowy 😉

image

image

Kolejne dwa dni to niedokonczona robota, czyli kurs z Edytą i Basią. Dużo się działo 😉 dziewczyny radzą sobie coraz lepiej. A we mnie odżyły wspomnienia mojego kursu i początków wspinania. Jak to ten czas leci…

image

Widoki z Wielkiego Błędu w dol. Kursantów:

image

Drugiego dnia zajęcia skończyłyśmy wcześniej ze względu na deszcz. Ostatnie pół godziny w skałach wykorzystałyśmy  na dyskusje i zabawy w oknie Okiennika Rzędkowickiego.

image

image

Weekend spędziłam z ekipą Warszawską. Namówilam Alexa na wypad do Rzędek, gdzie chciałam się wstawić w to, po co przyjechałam – Gardinsztangę (VI.4). Droga padła w trzeciej próbie tego dnia. W sumie naliczyłam ok 8. prób przez trzy dni wstawek. Nie mam pojęcia czy HP czy GU, bo burdel z tymi stylami jak nie wiem ostatnio… Droga patentowana od dołu, przeloty osadzane na właściwym prowadzeniu z ręki 🙂 RP, 5. przejscie drogi, 1. kobiece. W tym miejscu chciabym bardzo podziękować:
Koali za namowę i asekuracje pierwszego dnia
Edycie za asekurację drugiego dnia
Alexowi za asekurację, pościąganie przelotów i spokój podczas właściwej wstawki.

image

W tym sezonie pozostała do zrealizowania Cyfra. Prace trwały sobotnie popołudnie i całą niedzielę. Do tematu podchodzę optymistycznie 🙂 Dziś nastąpiło pożegnanie z latem i powrót na Podhale, gdzie pogoda dalej nie rozpieszcza. W nadchodzących dniach zapowiadane są deszcze i śnieg na Rysach. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. Tylko trochę szkoda tego słońca…

image

image

Zdjęcia: moi, Basia, Edyta